Grand Prix Chin – analiza ŚwiatWyścigów.pl

Grand Prix Chin, druga runda tegorocznych mistrzostw świata Formuły 1 uraczyła nas w ten weekend bardzo ciekawym spektaklem i przyprawiła o wiele emocji. Lewis Hamilton wyrównał rachunki z Sebastianem Vettelem i tym razem to on zameldował się jako pierwszy na mecie w Szanghaju. Kierowca Ferrari nie zamierza dawać jednak za wygraną i zapowiada odpowiedź w Bahrajnie. Nie zawiedli nas również pozostali zawodnicy, szczególnie Max Verstappen, który ponownie uczył innych jak powinno się wyprzedzać. Formę trzymają również Toro Rosso i Force India, a coraz lepiej radzi sobie Haas. Reszta ekip ma wiele do poprawy.

Mercedes zdecydowanie odzyskał w ten weekend pewność siebie, która zachwiana została podczas Grand Prix Australii. Lewis Hamilton był klasą sam dla ciebie, pokazując się z najlepszej strony przed olbrzymią grupą wiernych mu fanów. Valtteri Bottas po raz kolejny odstawał tempem od swojego partnera i wszystko byłoby do zaakceptowania, gdyby nie piruet. Grand Prix Chin pokazało ponadto, że ekipa z Brackley nie rozumie jeszcze do końca swojej maszyny, a doprowadzenie jej do odpowiedniego stanu bywa czasami problematycznie. Na razie przewagę wydaje się mieć delikatnie wolniejsze Ferrari, które lepiej pracuje z swoim samochodem, ale w dłuższym okresie, gdy Mercedes rozwiąże problemy operacyjne, srebrne strzały powinny być regularnie z przodu. 

Wynik Lewisa Hamiltona w danym wyścigu łatwo przewidzieć już w piątek, a nawet czwartek. Jego nastawienie do pracy jest wprost proporcjonalne do odnotowanych później wyników, przy założeniu, że do gry nie wejdą awarię. Brytyjczyk przyleciał do Chin w bardzo pozytywnym nastroju, mocno skoncentrowany na wykonaniu najlepszej pracy na torze w Szanghaju. W sobotni poranek wydawało nam się, że to Vettel najprawdopodobniej znajdzie się na pole position, ale to Lewis pobił rekord toru i startował z pierwszego pola. Wyścig rozegrał popisowo, przez co nie skupił na sobie zbyt dużej uwagi i spokojnie zamienił je na zwycięstwo wykorzystując wypracowaną na przestrzeni wyścigu przewagę na wykonanie dodatkowego postoju.

Valtteri Bottas do momentu piruetu ponownie robił to, co do niego należało. Jechał po duże punkty dla zespołu i nie wdawał się w niepotrzebne pojedynki. Gdy Fin wypadł z toru w trakcie neutralizacji, znalazł się nawet w drugiej dziesiątce, przez co Toto Wolff ponownie uderzał pięścią w stanowisko dowodzenia w garażu garażu Mercedesa. Bottas zdołał wprawdzie odrobić straty i ostatecznie zameldował się na mecie na 6. pozycji, 0.7s za Kimim Räikkönenem. Zdecydowanie taka dyspozycja nie jest zadowalająca dla mistrzowskiej ekipy, co wyraźnie pokazuje różnicę pomiędzy Bottasem a Rosbergiem, który nawet w „tych gorszych dniach” nie pozwalał sobie na tego typu pomyłki. Valtteri oczywiście zasługuje na więcej czasu, ale póki co zdecydowanie nie zachwyca.

Ferrari, które poczuło wiatr w żaglach w Melbourne, z pewnością nie może być w pełni zadowolone z tegorocznej edycji Grand Prix Chin. Scuderia jest klasycznym przykładem na to, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Sebastian Vettel i Kimi Räikkönen nie mają sobie nic do zarzucenia, ponieważ w pełni wykorzystali to, na co pozwolił im SF70H i jeżeli ktoś jest tu winny jakieś porażki, to nie są to kierowcy. Sporo do przeanalizowania po tym wyścigu mieli na pewno stratedzy Scuderii.

Sebastian Vettel zrobił wszystko, co mógł, by ponownie stanąć na najwyższym stopniu podium, popisując się w pierwszej fazie wyścigu bardzo ładnymi wyprzedzaniami najpierw na Räikkönenie, a następnie Ricciardo. Jako jedyny z czołówki zdecydował się na wczesną zmianę przejściówek na slicki, co nie było raczej dobrą decyzją, ponieważ w efekcie zmusiło go to do powtórnego zjawienia się u swoich mechaników w dalszej części zawodów. Co ciekawe, Niemiec widział raczej źródło niepowodzenia nie w źle dobranej strategii, a niefortunnym wyjeździe samochodu bezpieczeństwa. Prawda jest taka, że nawet jeżeli sytuacja potoczyłaby się inaczej, Vettel nie byłby w stanie walczyć z będącym u szczytu formy Lewisem. Jego tempo było zwyczajnie słabsze. Na wyprowadzenie kolejnego ciosu będzie miał okazję w Bahrajnie. Póki co mamy 1:1.

Sytuacja z Kimi Räikkönenem wydawała się być jeszcze gorsza. Z początku Fin donosił o problemach z przeniesieniem napędu, które szczególnie dawały się we znaki na wyjściu z poprzedzającego najdłuższą prostą zakrętu numer 13. Następnie przedmiotem dywagacji z inżynierami była strategia zmiany opon. Zespół chciał, aby mistrz świata zadowolił się jedynie jedną zmianą opon, ale ten stanowczo nie chciał zgodzić się na taki układ. Po dłuższym czasie rozmów i analiz Räikkönen pojawił się jednak w boksach, ale zrobił to zdecydowanie później, niż powinien. Gdyby odwiedził swoich mechaników wcześniej, najprawdopodobniej mógłby pokusić się o walkę z Red Bullami. 

Zespół z Milton Keynes zaliczył udany weekend. Po zimowych testach i inauguracyjnym wyścigu stało się jasne, że walka o tytuł mistrzowski toczyć będzie się pomiędzy Mercedesem i Ferrari, a Red Bull powinien zadowolić się trzecim miejscem. Daniel Ricciardo, a przede wszystkim Max Verstappen, pokazali jednak w niedzielę, że potrafią wznieść się na wyżyny i wykorzystać słabszą dyspozycję konkurencji. 

Max Verstappen to niekwestionowany kierowca dnia. Holender doświadczył w kwalifikacjach problemów z silnikiem, który podobno nie pracował na maksimum swoich możliwości i pozwolił kierowcy Red Bull na start dopiero z 16. pozycji. Ten nie przejął się tym za mocno i już po pierwszym okrążeniu był siódmy. Bezpardonowa, bezbłędna jazda, połączona z dobrą strategią i wykorzystaniem błędów rywali ostatecznie dały mu 3. miejsce, tuż przed Danielem Ricciardo. Jeszcze kilka tego typu zawodów i będziemy mogli nazywać Maxa liderem Red Bulla.

Ricciardo zdecydowanie chciał czegoś więcej od tego wyścigu, a przede wszystkim finiszu przed swoim partnerem z zespołu. Australijczyk odpowiednio odnalazł się w sytuacji gdy przyszedł czas na zmianę opon, jednak prezentowane przez niego tempo mogło być lepsze. Prztyczkiem w nos mogły być dla niego również ostatnie kółka, kiedy to nie powiodła mu się próba ataku na Verstappena. Ricciardo zaprezentował się dobrze, ale nie bardzo dobrze, a tylko tacy kierowcy zostają mistrzami świata.

Nastroje w ekipie Force India były natomiast mieszane, a drugi z rzędu podwójny finisz w punktach można uznać w ten weekend za delikatną niespodziankę. Pérez i Ocon nie błyszczeli w trakcie treningów i mocno narzekali na swoje samochody, z czym w dużym stopniu zgadzali się inżynierowie. Po dokładnym przeanalizowaniu danych zespół doszedł do wniosku i oficjalnie przyznał, że borykają się z problemami z korelacją danych. Przejazdy na torze nie odzwierciedlają tego, co w Silverstone pokazywał tunel aerodynamiczny. Na początku ery hybrydowej z tym samym problemem borykało się Ferrari, co według niektórych osób było powodem do braku zwycięstw Scuderii. 

Sergio Pérez, który na przestrzeni ostatnich kilku lat wiele razy popisał się bezbłędną jazdą z regularnymi czasami na poziomie czołówki i zdecydowanie liczył na coś więcej niż tylko 9. miejsce, tym bardziej, że do wyścigu Checo ruszał z ósmego pola. Meksykanin zastosował poprawną strategię i nie popełnił żadnego poważnego błędu, ale jego tempo było po prostu za słabe na walkę z czołówką. 

Dużą większą satysfakcję z pewnością czuje Esteban Ocon. Francuz po odnotowaniu najgorszego czasu w kwalifikacjach ruszał do wyścigu z celem przedarcia się do pierwszej dziesiątki, co akurat udało mu się osiągnąć. W takich okolicznościach nie możemy wymagać od niego nic więcej, biorąc pod uwagę, że to jego pierwszy pełny sezon w Formule 1. 

Zawodnikiem, który bardzo nas w ten weekend zachwycił był oprócz Maxa Verstappena Carlos Sainz. Hiszpan jako jedyny w stawce ruszył do wyścigu obuty w super-miękkie opony Pirelli, mimo że wszyscy w drużynie, włącznie z jej szefem, Franzem Tostem, odradzali mu tą strategię. Wyraźnie przyćmił on w ten weekend drugiego z reprezentantów Toro Rosso – Daniiła Kwiata, dla którego delikatnym pocieszeniem mogła być forma w kwalifikacjach.

Wyścig Sainza w Chinach przypominał sinusoidę. Start i pierwsze okrążenie okazały się być tragiczne, ponieważ Hiszpan spadł na sam koniec stawki już po pierwszym sektorze. Nie tylko potężne zaboksował na swoim 12. polu kołami, ale także wypadł z toru już na pierwszym i drugim zakręcie, ocierając się w dodatku o barierę. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni gdy tor wysechł i Carlos mógł wykorzystać swoje slicki. Hiszpan przez jakiś czas bił rekordy okrążenia i jechał własny wyścig, który ostatecznie ukończył na 7. miejscu, zyskując aprobatę całego Red Bulla. 

Zupełnie odwrotnie ułożyły się losy Daniiła Kwiata. W przeciwieństwie do swojego partnera z Toro Rosso, Rosjanin zaliczył bardzo dobry start, ale na tym pozytywy się kończą. Jego tempo było znacznie gorsze niż otaczających go rywali, jednak jak się później okazało, problem leżał nie w dyspozycji kierowcy, a hydraulice, która szwankowała, aż wreszcie całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Mimo to ekipa Toro Rosso może być całkiem zadowolona, ponieważ po dwóch pierwszych Grand Prix to właśnie oni plasują się w klasyfikacji generalnej bezpośrednio za wielką trójką, na czwartym miejscu.

Weekend w Chinch był całkiem niezły dla zespołu Haasa, który na pewno nie ma się czym martwić, chociażby dlatego, że po raz pierwszy w historii ekipy punkty zdobył inny kierowca niż Romain Grosjean. Dwa tygodnie temu, po zawodach w Australii pisaliśmy, że w przypadku braku pecha Amerykanie są kandydatami do pierwszej dziesiątki co potwierdził w niedzielę Magnussen, który wydaje się spełniać pokładane w nim nadzieje.

Duńczyk zakwalifikował się z przyzwoitym 12. czasem, a dzięki odpowiedniej strategii i starannym obchodzeniu się z oponami był w stanie przesunąć się ostatecznie na ósme miejsce, prezentując po drodze kilka ciekawych manewrów wyprzedzania i nie podejmując zbędnego ryzyka. Właśnie takich występów możemy po nim oczekiwać.

Romain Grosjean dotarł na metę na 11. miejscu i nie wykonał tak dobrej pracy, jakiej mogliśmy się po nim spodziewać, chociaż i tak zaprezentował się lepiej niż rok temu, kiedy osiągnął metę na 19. pozycji. Po starcie z końca stawki, który wyniknął z braku możliwości wykręcenia czasu w ostatnich minutach Q1, Francuz systematycznie przebijał się w górę stawki i prezentował konkurencyjne tempo, szczególnie po drugim pit stopnie. Pod uwagę należy wziąć również delikatne zderzenie, które Grosjean zaliczył na pierwszym kółku z Estebanem Oconem, co znacząco miało pogorszyć właściwości jezdne jego Haasa. Gdyby nie to, Francuzi mogli ukończyć Grand Prix Chin w odwrotnej kolejności.

Renault po raz kolejny spisało się dość mizernie, chociaż istniała realna szansa na punkty dla tej ekipy i to dla obu zawodników. Na usta od razu ciśnie nam się fraza „Gdyby tylko…”, ale w ten weekend zarówno Hülkenberg jak i Palmer zasługują na kilka pozytywnych słów, oczywiście zaraz po tych negatywnych. Wyścig Renault zdecydowanie położyła na kolana zbyt agresywna strategia i po części głupie błędy, które przytrafiły się obu zawodnikom.

Sytuacja Renault skomplikowała się nieco już w sobotę, gdy Jolyon Palmer czekał do ostatnich minut z zaliczeniem pomiarowego kółka, ale ostatecznie nie mógł go wykręcić z uwagi na wypadek Antonio Giovinnaziego w końcówce Q1. Brytyjczyk przejechał wprawdzie mierzone okrążenie i mimo że nie dało mu ono awansu do dalszej części kwalifikacji, sędziowie cofnęli go o 5 pozycji za niedostosowanie się do zagrożenia. Palmer próbował nadrobić straty w wyścigu, zmieniając opony na gładkie już na pierwszym kółku. Niestety nie był to odpowiedni moment i kierowca Renault nie mógł doprowadzić ich do odpowiedniej temperatury, podobnie jak kolejny komplet, który założył na 34. okrążeniu. Rezultat nie mógł być więc lepszy niż 13. pozycja.

Podobna historia tyczy się Nico Hülkenberga, który z kolei błysnął w sobotnich kwalifikacjach, zdobywając 7. pole startowe, które po pierwszych dwóch zakrętach zamienił na 5. lokatę. Schody zaczęły się już po kilku okrążeniach, kiedy Niemiec podjął ryzyko i zaliczył wczesną zmianę na slicki. Podobnie jak w przypadku jego kolegi z drużyny, nie było to najlepszym pomysłem, który pogrzebał szanse na punkty w tym wyścigu. Hülkenberg wiele razy blokował koła, a powstałe w ten sposób flat-spoty uniemożliwiały kręcenie dobrych czasów. Gwoździem do trumny było niezbyt mądre wyprzedzanie Marcusa Ericssona i Kevina Magnussena w okresie samochodu bezpieczeństwa za co otrzymał karę 15. sekund i w efekcie musiał zadowolić się 12. lokatą.  

Wierzcie nam, że bardzo chcemy napisać coś dobrego o ekipie Williamsa, ale osiągnięte przez kierowców z Grove wyniki nam to uniemożliwiają. Jak wiadomo punkty przyznawane są za wyniki w niedzielę, kiedy Felipe Massa uplasował się na szarym końcu, a Lance Stroll nie przejechał nawet 30% okrążenia. Szkoda, bo zawody te zapowiadały się dobrze. Obaj zawodnicy kręcili dobre rezultaty w treningach, a w kwalifikacjach Stroll znalazł się nawet w Q3. 

Lance Stroll zdążył nabyć już etykietę zawodnika, który lubi uczestniczyć w wypadkach. Jak do tej pory miał przygody w obu wyścigach i obu przedsezonowych sesjach testowych, ale my z dużą dozą pewności dajemy mu jeszcze trochę czasu, tym bardziej, że to nie on był winowajcą niedzielnego wypadku z trzeciego zakrętu. Sergio Pérez bronił się, że Kanadyjczyk zajechał mu drogę, ale w istocie to on był z przodu i to on dyktował linię jazdy. Zdecydowanie była to niepotrzebna kolizja i jeżeli Stroll będzie w stanie wyeliminować tego typu zdarzenia ze swoich występów, z pewnością może liczyć na duże punkty, ponieważ zdecydowanie poprawił tempo od inauguracyjnych zawodów w Australii.

Felipe Massa, który w Melbourne okazał się najlepszym spośród środka stawki, tym razem okazał się (prawie) najgorszym. Za nim sklasyfikowany został jedynie Marcus Ericsson. Tuż po starcie Massa plasował się w punktowanej dziesiątce, ale gdy na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa, opony Brazylijczyka kompletnie straciły temperaturę i nie odzyskały jej już do końca wyścigu. W trakcie rywalizacji Massa kilkukrotnie informował swój zespół o potencjalnej awarii zawieszenia, która mogłaby być ewentualnym źródłem problemów, ale ostatecznie niczego takiego nie stwierdzono. 

W ten weekend niestety nie możemy także pochwalić ekipy Saubera, która zaliczyła słaby występ. Po raz kolejny większą uwagę skupił na sobie zastępujący po raz drugi z rzędu kontuzjowanego Pascala Wehrleina, Antonio Giovinazzi. Po bardzo przyzwoitym weekendzie w Australii, gdzie Włoch niewiele ustępował swojemu partnerowi z ekipy, Marcusowi Ericssonowi, w ten weekend wszyscy spodziewaliśmy się po nim jeszcze lepszej formy.

Giovinazzi, być może poruszony perspektywą przejęcia fotela Wehrleina na stałe, popełnił w kwalifikacjach poważny błąd na ostatnim zakręcie, który zakończył się dla niego rozbiciem samochodu na ścianie. Mimo że spowodowana przez niego żółta flaga oznaczała, że zakwalifikował się do drugiej części czasówki,  z uwagi na poważne zniszczenia nie mógł wziąć w niej udziału, a do tego mechanicy musieli wymienić w jego Sauberze skrzynię biegów. W wyścigu podobna historia powtórzyła się już na piątym okrążeniu, na którym Włoch znowu uderzył w bandę po uślizgu na prostej startowej. Zdecydowanie jest to dla niego weekend do zapomnienia. 

Uśmiechu na ustach nie może mieć również Marcus Ericsson, który jako ostatni minął w niedzielę linię mety. Szwed nie miał nic na swoje usprawiedliwienie i mówił jedynie, że nie był w stanie dogadać się ze swoim samochodem, w konsekwencji czego nie można było oczekiwać od niego lepszego tempa. 

Szkoda, że ponownie na końcu musimy pisać o McLarenie, którego kierowcy po raz kolejny zaliczyli fatalny weekend, choć sytuacja zapowiadała się zgoła odmiennie. Stoffel Vandoorne nie przebrnął wprawdzie przez pierwszą część kwalifikacji, ale za to Fernando Alonso zakwalifikował się z 13. czasem, który już po pierwszych kilku okrążeniach zmienił na 7. miejsce w stawce. Niestety na tym etapie meta była jeszcze dość daleko i nie była osiągalna ani dla Hiszpana, ani dla Belga. 

Jako pierwszy odpadł z rywalizacji Vandoorne, którego zmusiły do tego problemy ciśnieniem paliwa. Mistrz GP2 z sezonu 2015 generalnie nie wyróżnił się w ten weekend niczym specjalnym i patrząc na formę McLarena i Hondy, będzie dobrze jeżeli kierowcy czarno-pomarańczowych samochodów zaczną przynajmniej dojeżdżać do mety. Praca u podstaw tego projektu wciąż jest niestety konieczna. Trzeci rok z rzędu. 

Na mecie nie zameldował się także Fernando Alonso, ale w pierwszej części rywalizacji zdołał narobić nam całkiem sporego apetytu. Hiszpan świetnie odnalazł się w sytuacji na początku wyścigu i nagle zobaczyliśmy go na 7. pozycji, o którą przez dłuższy czas toczył pojedynek z Carlosem Sainzem. Weteran McLarena był szybszy w zakrętach, podczas gdy Sainz zdecydowanie odrabiał dystans na prostych i z uwagi na charakterystykę toru w Szanghaju po jakimś czasie w końcu dopiął swego. Chwilę po tym jak zmuszony został do oddania pozycji swojemu krajanowi, na 31. okrążeniu zjechał do boksów z awarią wału napędowego, której mechanicy nie byli w stanie usunąć. Co ciekawe, Fernando Alonso przyznał po zakończeniu zawodów, że wyścig ten był jeszcze lepszy niż w Australii, który z kolei opisał jako „jeden z najlepszych w karierze”.

Podczas Grand Prix Chin zdecydowanie oglądaliśmy więcej wyprzedzań niż 2 tygodnie temu w Australii, kiedy to zawodnicy wymienili się pozycjami jedynie pięciokrotnie. Przed rozpoczęciem sezonu słychać było wiele głosów, że w związku ze zmianami technicznymi ucierpi poziom widowiska. W istocie, zmian pozycji jest zdecydowanie mniej, ale ich jakość zdecydowanie poszła ku górze. Manewry stały się dużo większym wyzwaniem, przez co wymagają od kierowcy więcej wysiłku, również pod względem mentalnym.

Nieco mniej skomplikowane stały się strategie, przez co wszystko sprowadza się do wybrania tej optymalnej, ponieważ nie ma praktycznie marginesu na eksperymenty. Należy pamiętać jednak, że na pierwsze cztery wyścigi wszyscy kierowcy mają do dyspozycji tyle samo kompletów poszczególnych opon, co zdecydowanie ogranicza wachlarz strategii. 

Kolejne zawody odbędą się już w najbliższy weekend, kiedy to cyrk F1 zawita na tor Sakhir, w Bahrajnie. Będzie to również pierwszy wyścig w tym sezonie, na którym zjawi się Bernie Ecclestone.

Redakcja

Tomasz Kubiak
Filip Cygan
Wojtek Paprota
Daniel Wawiórka
Roksana Ćwik
Maja Kozłowska
Kamil Topczewski
Olga Białczak
Dariusz Szymczak
Mikołaj Suchocki

Informacje

Redaguj z nami
Polityka prywatności
Gdzie oglądać wyścigi?
Kalendarz
Klasyfikacje
Wyniki

Partnerzy

rally and race cyrkf1 feeder league