Grand Prix Austrii – analiza ŚwiatWyścigów.pl

Grand Prix Austrii – analiza ŚwiatWyścigów.pl Daimler

Tegoroczny wyścig o Grand Prix Austrii zakończył się tryumfem Valtteriego Bottasa z ekipy Mercedesa, a podium uzupełnili Sebastian Vettel z Ferrari i Daniel Ricciardo z Red Bulla. Inny zawodnik Mercedesa, który skupia na sobie bardzo dużo uwagi, Lewis Hamilton finiszował po karze cofnięcia o 5 miejsc na starcie jako czwarty, co tylko w pewnym stopniu możemy uznać za sukces. W walce o czołowe lokaty po raz kolejny nie liczyli się Kimi Räikkönen i Max Verstappen, którzy wciąż nie mogą się przełamać jeśli chodzi o konkurencyjne wyniki (Kimi) i dojechanie do mety (Max). Naturalnie oprócz Romaina Grosjean z dość dobrej strony pokazali się też kierowcy Force India, zaliczając kolejny podwójny finisz w punktach, a także reprezentanci Williamsa, którzy po odpadnięciu w Q1 przebili się do czołowej dziesiątki. Okazję na zdobycie pierwszego punktu w tym sezonie miał Jolyon Palmer, ale ponownie ją zmarnował, meldując się na mecie na 11. pozycji. Frustrację z pewnością czuć też w McLarenie, który uskrzydlony pierwszym punktem Fernando Alonso z Baku tym razem wykonał raczej krok w tył. 

Z perspektywy zespołu jako całości, w Mercedesie wszyscy powinni mieć po wyścigu w Austrii uśmiechy na twarzach, jednak możemy się pokusić o stwierdzenie, że tak nie jest. Valtteri Bottas wykonał podczas całego weekendu perfekcyjną pracę, zwyciężając po starcie z pole position, natomiast dzięki czwartej lokacie Lewisa Hamiltona jego ekipa powiększyła dodatkowo przewagę w klasyfikacji konstruktorów nad swoim największym konkurentem - Ferrari. Fakt, że Lewis został w ten weekend obciążony karą cofnięcia o 5 miejsc na starcie za nieregulaminową wymianę skrzyni biegów zdecydowanie podnosi wagę zdobytej przez niego czwartej lokaty, ale jak na takiego mistrza jakim jest Lewis i tak wydaje się to nieco za mało.

Valtteri Bottas od początku sezonu zmaga się z łatką kierowcy numer 2, a jego zespół nie był póki co w stanie przekonać nas do swoich racji. Fin był wyraźnie szybszy od swojego partnera zespołowego tylko raz, w zwycięskim dla niego wyścigu w Rosji, ale drugi tego typu weekend w Austrii uświadamia nam, że nie był to wyjątek potwierdzający regułę. Valtteri wzbudził kontrowersje bardzo szybkim startem, który przez wielu, w tym kilka stacji telewizyjnych, oceniony został jako fal-start, jednakże sędziowie wydali odwrotny werdykt. Sam kierowca określił go jako perfekcyjny start, który pomógł mu w odniesieniu zwycięstwa, do którego potrzebne było także równe tempo, brak błędów i dobrze dopasowana strategia. Valtteri w istocie poskładał te wszystkie rzeczy perfekcyjnie, pokazując, że wie jak jeździć szybko, na najwyższym, mistrzowskim poziomie. Dzięki 25. punktom na 11 wyścigów przed końcem sezon traci do prowadzącego Vettela już tylko 35 oczek, a do Hamiltona 15. 

Lewis Hamilton po ukończeniu wyścigu na Red Bull Ringu na czwartym miejscu przyznał, że był najszybszym zawodnikiem na torze i wbrew pozorom możemy się raczej zgodzić. Na początek zauważmy, że Lewis na swoim pierwszym stincie ani razu nie zszedł z czasem poniżej 1.09s i raczej notował wysokie 1.09s. W tym samym czasie jego kolega z teamu robił to regularnie, przez co gdy Brytyjczyk odwiedził swoich mechaników na 31. okrążeniu, jego strata do Bottasa liczyła kilkanaście sekund. Należy jednak wprowadzić poprawkę na fakt, że Valtteri miał przed sobą czysty tor, a Lewis musiał radzić sobie najpierw z Pérezem i Grosjeanem, a następnie z brudną strugą powietrza za samochodem Kimiego Räikkönena, która w istotny sposób miała wpływ na jego osiągi. W przypadku Daniela Ricciardo i Sebastiana Vettela sytuacja przedstawia się nieco inaczej, ponieważ jego czasy były porównywalne, z lekkim wskazaniem na prowadzący duet. Po zmianie opon i korekcie ustawień przedniego skrzydła Lewis był jednak bezkonkurencyjny i regularnie schodził nawet poniżej 1.08s. Sztuka ta udawała się też wprawdzie innym zawodnikom, jednakże w drugim stincie średni najlepszy czas należał właśnie do Lewisa. Możemy się więc pokusić o stwierdzenie, że o jego ostatecznym wyniku zadecydowała pozycja na starcie, wynikająca po części z wyraźnie gorszego czasu niż Vettel i Bottas i kary. Nawet on ma więc nad czym pracować. 

Ferrari zaliczyło w Austrii typowy weekend. Narzekający na sędziów Sebastian Vettel był wyraźnie szybszy od Kimiego Räikkönena, który ponownie zakończył rywalizację na „końcu czołówki”, po części z uwagi na strategię. Mimo że Sebastian Vettel powiększył po niedzielnym wyścigu przewagę nad kierowcami Mercedesa, Scuderie bardziej interesuje klasyfikacja konstruktorów, w której Mercedes po raz kolejny odskoczył. Oprócz samego celu w postaci mistrzostwa, nie możemy zapominać, że przypadający na zespoły zysk Formula One Management rozdysponowywany jest na podstawie klasyfikacji konstruktorów, a nie kierowców. Tytuł Vettela w rzeczywistości nie przyniesie więc Ferrari żadnych bezpośrednich korzyści.

Układ sił w czołówce zdecydowanie uległ zmianie w porównaniu do początku sezonu, kiedy Ferrari był nieco szybsze. Mercedes odrobił lekcje i to on jest teraz najszybszy. Sebastian Vettel podczas pierwszego stintu wyraźnie tracił do Valtteriego Bottasa, a straty zaczął odrabiać dopiero pod koniec drugiego. Warto tutaj wspomnieć, że obaj kierowcy jechali na tej samej strategi, a Bottas miał w dodatku problemy z granulkowaniem opon, czego Vettel nie potrafił wykorzystać. Niemiec zbliżył się do Fina dopiero pod koniec zawodów, kiedy ten skręcił obroty swojego silnika i kontrolował tempo. Seb pokazał, że potrafi zdobywać mistrzowskie tytuły, ale zawsze było mu łatwiej, niż w tym roku. Tegoroczny sezon jest dla niego ogromnym sprawdzianem, ponieważ przewaga sprzętowa nie leży już po jego stronie. Jeżeli mimo to będzie w stanie pójść losowi na przekór, zamknie usta wszystkim krytykom, wątpiącym w jego umiejętności. 

Kimi Räikkönen oficjalnie nie prezentował pożądanego tempo z powodu źle funkcjonującego ogumienia, które zużywało się zbyt mocno w miarę przejechanego dystansu, podobnie jak u Valtteriego Bottasa. Gdyby tego było mało, awarii w samochodzie Fina uległy niektóre sensory, przez co inżynierowie Ferrari otrzymywali złe dane. Swoje trzy grosze do ostatecznego wyniku Kimiego dorzuciła też jego wycieczka na pobocze w zakręcie numer 1, dzięki której stracił trochę czasu do Lewisa Hamiltona i nie był w stanie uniknąć podcinki Brytyjczyka. Mimo dobrego wyniku Vettela, zwycięzcą austriackiej bitwy w wojnie o tytuł po raz kolejny został Mercedes. Scuderia najprawdopodobniej nie oczekuje od Kimiego wyników na poziomie wyraźnie lepszego Vettela, ale tak słabe rezultaty, dzięki którym tytuł przejdzie Scuderii koło nosa nie powinny zostać mu wybaczone w kontekście fotela wyścigowego na sezon 2018.

Który to już raz piszemy, że w Red Bullu po wyścigu panują mieszane odczucia? Spośród 7 ostatnich wyścigów Max Verstappen nie ukończył pięciu, natomiast Daniel Ricciardo zdobył piąte z rzędu podium, co oczywiście przekłada się w bardzo dosadny sposób na miejsca obu zawodników w klasyfikacji generalnej. Mimo to nie możemy mówić o jakiejkolwiek hierarchii, ponieważ z reguły w piątkowych treningach, a czasami także w kwalifikacjach, to Max jest szybszy od swojego partnera z drużyny. Podczas weekendu w Austrii z ust pracowników Red Bulla mogliśmy usłyszeć, że niebiesko-czerwono-żółta maszyna jest już na poziomie Ferrari, ale nie podejmujemy się tego oceniać. Powiemy tylko, że w środkowym, najbardziej krętym sektorze, gdzie liczy się aerodynama, najszybszy był właśnie Ricciardo. Faktem jest też wyraźny progres, jaki Red Bull wykonał od wyścigu w Hiszpanii i jeżeli nie teraz, to w tym sezonie byki mają szansę na ściganie się ze Scuderią koło w koło. 

Jeszcze kilka tygodni temu w paddocku krążyły spekulacje o odejściu Daniela Ricciardo z ekipy Red Bulla, ale z każdym kolejnym weekendem, zakończonym podium w wykonaniu Australijczyka stopniowo milkną. Po piątym z rzędu finiszu w czołowej trójce taki scenariusz odszedł już raczej w niepamięć. Ricciardo po raz kolejny świetnie odnalazł się w sytuacji, wykonując powierzone mu zadanie. Nie popełnił żadnego błędu i bardzo ładnie, a co najważniejsze, skutecznie bronił się przed szybszym Lewisem Hamiltonem. Mimo że Daniel jest obecnie dopiero czwarty w klasyfikacji generalnej, zdecydowanie prezentuje najlepszą jazdę z całej stawki i wykorzystuje wszystkie nadarzające się okazje, co w Formule 1 jest kluczem do zwycięstwa.

Nie zależnie od tego, co wydarzy się w dalszej części sezonu, Max Verstappen będzie postrzegał go jak kubeł zimnej wody - niechciany, ale potrzebny. Max jest szybki i wszyscy o tym wiedzą, ale mimo to wciąż nie możemy się o tym dosadnie przekonać. Podczas startu do niedzielnego wyścigu  w Austrii w samochodzie Verstappena wystąpił problem ze sprzęgłem, a na pierwszym zakręcie spotkała go ostateczna egzekucja w postaci zderzenia z Fernando Alonso i Daniiłem Kwiatem. Auto 19-latka nie nadawało się już poźniej do użytku. Mimo tak ciężkiego sezonu z obozu Holendra słyszymy, że pozostanie on w Red Bullu na kolejny sezon, do czego notabene zobowiązuje go kontrakt, ale, jak wiemy, nie ma takiej umowy, której nie można by było rozwiązać, szczególnie w Formule 1. Co więcej, takie zapowiedzi stawiają Maxa na lepszej pozycji negocjacyjnej z innymi zespołami. 

Ekipa Haasa zdobyła w ten weekend punkty po raz piąty z rzędu, ponieważ na 6. miejscu zameldował się Romain Grosjean. Co więcej, na chwilę obecną amerykańska drużyna ma na swoim koncie więcej punktów, niż pod koniec poprzedniego sezonu. W tym przypadku wpływa na to także fakt, że w czołowej dziesiątce meldują się obaj kierowcy. Widać więc znaczący progres i duży potencjał, co podkreślamy w każdej analizie. W Formule 1 Haas idzie jednak typową ścieżką rozwoju nowego teamu, który nie boryka się akurat z problemami finansowymi. Nadal napotykają na regularne problemy, na które nie znaleźli jeszcze solidnych, sprawdzonych rozwiązań. To powinno się jednak zmienić wraz z upływem czasu, ale liczonego raczej w sezonach niż wyścigach.

Miło jest znów widzieć Romaina Grosjeana w czołowej dziesiątce, a w dodatku nie narzekającego na hamulce. Miejmy nadzieję, że Haas w końcu uporał się na dobre z tym problemem. Grosjean startował do wyścigu z 6. pola i na tym samym miejscu zameldował się na mecie, odpierając skutecznie ataki Péreza. Przez całą rywalizację prezentował równe i solidne tempo, co potwierdza fakt, że konstrukcja Haasa jest na poziomie Williamsa i Force India. Gdy samochód spisuje się dobrze, kierowca nie może popełniać błędów, a Francuzowi bynajmniej nie można tego zarzucić. Haas z pewnością będzie dążył do zatrzymania go w swoim składzie na kolejny sezon.

Kevinowi Magnussenowi błędy zdarzają się nieco częściej niż jego partnerowi, ale w Austrii za nieukończony wyścig winę ponosi tym razem hydraulika w jego samochodzie. Duńczyk, podobnie jak kierowcy Williamsa, nie przebrnął w kwalifikacjach nawet przez Q1, ale w niedzielę miał szanse na finisz w punktach. Niezawodność jest zdecydowanie piętą achillesową Haasa, o czym po raz kolejny przekonują się zawodnicy tej ekipy. W tym przypadku wszyscy akceptują jednak tą sytuację i po nikim nie widać frustracji. Kevin również wydaje się to rozumieć. 

Po dwóch napiętych i nieprzyjemnych wyścigów Force India wróciło do dobrych czasów z początku sezonu, co może mieć korzenie w fakcie, że Sergio Pérez był po prostu szybszy od młodszego Ocona. Wcześniej zdarzało nam się żartować, że w Force India atmosfera jest bardzo dobra do kolejnego wyścigu, ale powinniśmy raczej zmienić nasze twierdzenie na „do momentu kiedy Pérez jest szybszy”. Póki co Bobowi Fernleyowi i spółce udaje się panować nad sytuacją, ale stan nie wydaje się być stabilny.

Sergio Pérezowi należą się za zawody w Austrii słowa uznania, ponieważ mimo odstąpienia swojego samochodu Alfonso Celisowi Juniorowi na pierwszą sesję treningową i tak potrafił lepiej dopasować ustawienia i być przed Oconem od startu do mety. Jego celem na wyścig było podcięcie Romaina Grosjeana, jednak sztuka ta nie udała się Meksykaninowi i musiał się on pogodzić z 7. lokatą. Oprócz tego, że wyprzedził on w klasyfikacji generalnej Maxa Verstappena zaliczył też bezproblemowy i spokojny weekend, czego zdecydowanie potrzebował po dwóch intensywnych i kontrowersyjnych Grand Prix.

Nieco gorzej, ale nadal przyzwoicie, spisał się w Austrii Esteban Ocon. Francuz był wolniejszy od swojego partnera zespołowego, ale tylko nieznacznie. W kwalifikacjach ustąpił mu jedynie na 0.07s, a wyścigu jego czasy były średnio gorsze o 0.1s. Były mistrz serii GP3 narzekał na formę opon i koncentrował się na utrzymaniu ósmej pozycji. W końcówce wyścigu za jego plecami jechał bowiem Felipe Massa, u którego ogumienie było po pierwsze młodsze, a po drugie lepiej funkcjonujące. Ocon osiągnął ostatecznie swój cel i dowiózł do mety 4 punkty, dorzucając do kolekcji kolejny solidy występ.

W sobotę przecieraliśmy oczy ze zdumienia widząc obu zawodników Williamsa odpadających już na etapie Q1, mając w pamięci, że w sezonie 2014 zgarnęli tu cały pierwszy rząd. Mimo tragicznych kwalifikacji, obaj kierowcy byli w stanie się podnieść i pokazać się z najlepszej strony. Kluczem do tak dużej różnicy tempa między sobotą a niedzielą była praca opon, które były bardzo konkurencyjne na dłuższych przejazdach i dały zawodnikom pierwszy w tym sezonie podwójny finisz w punktach. 

Felipe Massa zyskał najwięcej na pierwszym okrążeniu, kiedy przebił się z 17. na 10. miejsce, wykorzystując zamieszanie przed nim. Na swój pierwszy stint wybrał opony miękkie i jechał na nich znacznie dłużej niż znajdujący się wokół rywale. Gumy pracowały bardzo dobrze, przez co Brazylijczyk zyskał kolejną pozycję i w końcówce wyścigu, już na ultra-miękkiej mieszance, dobierał się do Estebana Ocona. Lepszy okazał się jednak Francuz, a Felipe musiał zadowolić się 9. lokatą, która i tak może zostać uznana za bardzo dobrą. 

Podobnie wyglądał wyścig Lance’a Strolla. Kanadyjczyk grzecznie podążał za swoim starszym kolegą i tak jak on przebił się na pierwszym kółku o 7 pozycji. Tak samo jak Massa, skorzystał z przewagi miękkich opon i w kolejnej fazie wyścigu zyskał kolejne miejsce. Nieco gorzej radził sobie z mieszanką ultra-miękką, ale mimo to utrzymał za sobą Jolyona Palmera i zdobył 1 punkt za 10. miejsce. Dla Strolla jest to trzeci finisz w punktach z rzędu, co może świadczyć o oswojeniu się z autem. Co więcej, ponownie nie popełnił żadnego błędu i zdecydowanie spełnił powierzone mu zadanie, sprawiając wrażenie, że ma na swoim koncie trochę więcej sezonów w F1.

Renault od początku powrotu do Formuły 1 zapowiada intensywny rozwój zespołu, ale w obecnym sezonie nie za bardzo potrafimy go dostrzec. Oprócz słabych osiągów, wciąż dają o sobie znać problemy z niezawodnością, przez co ciężko jest nam sobie wyobrazić przyszłość francuskiego zespołu w świetlanych barwach. Słabym samochodem nawet Robert Kubica nie zdobędzie tytułu…

Grand Prix Austrii było dziewiątą rundą tegorocznych mistrzostw świata i po raz dziewiąty mogliśmy się przekonać, że liderem tej ekipy jest Nico Hülkenberg. Nie twierdzimy tak bynajmniej na podstawie wyniku Niemca, ponieważ nie dojechał on do mety, ale na podstawie wyniku Jolyona Palmera. Brytyjczyk po tragicznym weekendzie w Baku tym razem miał do dyspozycji bezproblemowo działający samochód, ale mimo to znowu go nie wykorzystał. Cyril Abiteboul to stanowczy człowiek i jeżeli mówi, że oczekuje od swojego kierowcy punktów, to znaczy, że jeżeli tak nie będzie, konsekwencje nadejdą. Pamiętacie co rok temu stało się z Estebanem Gutierrezem, który podobnie jak Palmer upodobał sobie w Haasie 11. miejsce?

Nico Hülkenberg w porównaniu do swojego partnera nie musi niczego udowadniać i radzić sobie z coraz większą presją. W ten weekend nie miał szczęścia z uwagi na awarię sprzęgła, która wystąpiła już na samym starcie zepchnęła prawie na sam koniec stawki. Nie pomógł mu także wypadek Alonso, Kwiata i Verstappena, dzięki któremu musiał przejechać pierwszy zakręt inną linią jazdy. Inżynierowie rozwiązali szybko problem mechaniczny, jednak jedyne co było możliwe do osiągnięcia przez Hülkenberga to 13. pozycja. 

Po wyścigu w Baku mogliśmy domniemywać, że w końcu przychodzą dobre czasy dla McLarena-Hondy, ale Grand Prix Austrii sprowadziła nas na ziemię. Najgorsze nie są tu rezultaty, a sytuacja z jednostką napędową Hondy, w której po raz kolejny wystąpiły awarie. Fernando Alonso zmuszony był zrezygnować z używania trzeciej specyfikacji silnika spalinowego japońskiego producenta, który spisał się w Azerbejdżanie bardzo dobrze. Gdyby tego było mało, u Stoffela Vandoorne dał o sobie znać MGU-K. Miało być tak pięknie, a wyszło jeszcze gorzej, niż ostatnio. 

Stoffel Vandoorne zmagał się na przestrzeni weekendu z problemami z MGU-K, ale mogliśmy odnieść wrażenie, że nie miał on sporego wpływu na jego tempo. Belg niewiele ustępował swojemu partnerowi w sobotę, a w niedzielę zapatrywał się na walkę z Palmerem. Niestety był nią tak zaaferowany, że nie zwrócił wystarczającej uwagi na niebieskie flagi, które były mu pokazywane, gdy zdublować próbował go Kimi Räikkönen. Stoffel otrzymał za to karę przejazdu przez aleję serwisową, po której nie mógł liczyć na nic więcej niż 12. pozycja. 

Fernando Alonso zakończył swoją przygodę z wyścigiem o Grand Prix Austrii już na pierwszym zakręcie, ponieważ na jego tylnym skrzydle zaparkował Daniił Kwiat. Rosjanin zniszczył podłogę w samochodzie McLarena i przeciął kilka przewodów chłodniczych, które uniemożliwiły jazdę Alonso. Sam zainteresowany nie wydawał się być bardzo poruszony taka sytuacją i rzucił jedynie komentarz, że grę w kręgle prowadzi się na innym torze. 

Swój słaby poziom trzyma także ekipa Saubera, która liczyć może na punkty jedynie w wyjątkowych okolicznościach. W przypadku Grand Prix Austrii Marcus Ericsson i Pascal Wehrlein pokładali swe nadzieje w deszczu. Delikatne ryzyko rozumiane przez ustawienie samochód pod kątem mokrego toru nie opłaciło się i obaj zawodnicy borykali się z problemami z dogrzaniem opon. 

Pascal Wehrlein mimo startu z alei serwisowej po raz kolejny pokonał Marcusa Ericssona, a do tego został zdublowany tylko raz. Biorąc pod uwagę możliwości samochodu, który Niemiec ma w tym momencie do dyspozycji, regularne meldowanie się na mecie przed swoim partnerem z drużyny to jedyna opcja na pokazanie swoich umiejętności. Póki co Pascalowi wychodzi to całkiem nieźle i jeżeli będzie to kontynuował, jest na dobrej drodze do wykonania kolejnego kroku w swojej karierze, o ile w silniejszym zespole znajdzie się wolny fotel.

Marcus Ericsson po raz kolejny rozczarował i zameldował się na mecie przedostatni, wyprzedzając tylko Daniiła Kwiata, będącego od momentu wypadku z pierwszego okrążenia w całkowicie innej lidze. Szwed został zdublowany dwukrotnie, co zdecydowanie może być dla niego zmartwieniem. Z jego ust po wyścigu po raz kolejny mogliśmy usłyszeć tradycyjne narzekania na formę samochodu, z którym nie może się dogadać. Nie mówimy, że jest to kłamstwo, ale Pascal jakoś się na to nie skarży…

Toro Rosso zdecydowanie nie zaliczy weekendu w Austrii do udanych. Daniił Kwiat już na pierwszym zakręcie zaliczył kraksę z Fernando Alonso, po której wprawdzie był w stanie kontynuować rywalizację, ale straty był tak duże, że zameldował się na mecie na ostatniej pozycji. Carlos Sainz uległ z kolei problemom technicznym. Zespół z Feanzy od jakiegoś czasu nie funkcjonuje perfekcyjnie i odpowiedzialni są za to wszyscy. 

Carlos Sainz rozpoczął weekend w Austrii bardzo odważnie, mówiąc, że nie widzi się dłużej w ekipie Toro Rosso, do czego od razu odniosło się jego szefostwo. Helmut Marko i Christian Horner zaprezentowali zupełnie przeciwne stanowisko, argumentując, że nie powinien on gryźć ręki, która go karmi, i że z dużym prawdopodobieństwem pozostanie w juniorskiej ekipie Red Bulla na czwarty rok. Bez względu na to, co oficjalnie trafia do mediów, Carlos zdecydowanie nie jest zainteresowany kolejnym sezonem pod znakiem małych, sporadycznych punktów i awarii. Tym razem do kolekcji usterek, których doświadczył w tym sezonie dorzucił hydraulikę. Wcześniej na tej liście znajdowały się jeszcze silnik, skrzynia biegów i elektronika. 

Daniił Kwiat od początku sezonu przekonuje nas, że chce pozostać w zespole Toro Rosso na kolejny rok, ale jego zachowanie na torze mówi coś zupełnie innego. Oprócz tego, że znacznie odstaje tempem od swojego partnera z drużyny, popełnia sporo błędów. Jeszcze przed niedzielnym wyścigiem Christian Horner powiedział, że nic nie stoi na przeszkodzie aby przedłużyć kontrakt z Rosjaninem, ale takie zachowania jak to z pierwszego zakrętu z pewnością go do tego nie przybliżają. Zaczyna powtarzać się sytuacja z poprzedniego roku, kiedy temat przyszłości Kwiata poruszany był równie często, jak teraz Jolyona Palmera, co jest dla niego bardzo niekomfortowe.

Wojtek Paprota

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Redakcja

Informacje

Partnerzy ŚwiatWyścigów.pl

rally and race put motorsport 4kolka kobiecym okiem o wyscigach