Ostatnio moja redakcyjna koleżanka zwróciła uwagę na problem hejtowania w motorsporcie. Według mnie zjawisko hejterstwa to zwykłe chamstwo pozbawione rzeczowej dyskusji. Czasem brakuje cierpliwości do słów „jesteś debilem”, nie wiadomo, jak na to odpowiedzieć i czy w ogóle warto odpowiadać. Można krytykować, czasami nawet trzeba, ale róbmy to z głową.

Nawet w Królowej Motorsportu Formule 1 pojawiają się hejterzy, którzy od paru lat znaleźli sobie kozła ofiarnego w postaci, jakby to określił również hejtowany Andrzej Borowczyk - sympatycznego Niemca. Sebastiana Vettela, bo to w jego obronie chcę stanąć, zalała ostra, często nieuzasadniona krytyka. Wytykano mu młody wiek, pochodzenie, głupkowaty uśmiech, a jednym z najczęstszych komentarzy było życzenie, żeby Niemiec wsadził sobie ten palec wskazujący... wiadomo gdzie. Nie chcę bawić się w jego adwokata ani udawać, że mu nie kibicuję, bo robię to od jego pierwszego startu w F1 w 2007 roku, gdy na jedno Grand Prix zastąpił Roberta Kubicę i zdobył symboliczny punkt dla BMW Sauber, ale niesamowicie irytuje mnie fakt, że osoby uważające się za fanów tego sportu starają się obrazić mistrza świata, który podobno psuje im widowisko.

Owszem, Sebastian popełnia błędy. Zdarzało mu się zachowywać nie fair wobec zespołu, jak na przykład podczas GP Malezji w 2013, kiedy to w drugim wyścigu sezonu Niemiec zignorował przyjętą przez zespół taktykę utrzymania pozycji po ostatniej zmianie opon i ostro zaatakował zespołowego partnera (bo przecież nie kolegę...) Marka Webbera, wyprzedzając go. Drugi raz tego błędu nigdy już jednak nie popełnił.

Często zarzuca się mu również nieumiejętność wyprzedzania, ziarno to zostało zasiane w sezonie 2010 po słynnych kolizjach przy próbach wyprzedzania Marka Webbera (Turcja) i Jensona Buttona (Spa), jednak od tamtej pory nic podobnego się nie wydarzyło. A w 2011 roku na piątym okrążeniu wyścigu na Monzy w walce z Alonso wykonał w zakręcie Curva Grande manewr, który spowodował szybsze bicie serca chyba każdego widza - dwa koła na trawie, szarpnięcie, chmura kurzu i już był z przodu.

Nietrudno znaleźć również krytyka, który będzie upierał się, że sukcesy Vettela to efekt auta zaprojektowanego przez Adriana Neweya. Sebastian dokonał tego wszystkiego przy wspaniałym wsparciu bardzo dobrze prowadzonego zespołu i jeżdżąc samochodem, który był bodaj najlepszym w stawce przez parę sezonów. Jednak w 2012 roku Red Bull Racing nie zawsze miał najlepszy samochód, po części dzięki twórcom regulaminów i innym ekipom, które starały się poskromić projektancki geniusz Neweya. Sebastian potrafił jednak przełożyć formę RB8 na wygrane i podia, ale – co jeszcze bardziej imponujące – demonstrował umiejętność wyczarowywania wyników w mało obiecujących warunkach.

I tak wyczarował sobie mistrzostwo w 2010 roku. Przed ostatnią rundą sezonu był trzecim w kolejności punktacji faworytem i mając tylko matematyczne szanse - wygrał. Uczynił dokładnie to, co rasowy kierowca wyścigowy zrobić powinien: w sześciu ostatnich wyścigach zdobył więcej punktów niż Mark Webber, wygrywając trzy wyścigi, w tym oczywiście dwa ostatnie, bo tylko to dawało mu szanse na pokonanie rywali.

W ubiegłym sezonie ta totalna, wręcz schumacherowska dominacja Vettela jednak się skończyła. To nic, teraz hejterzy mają powód do dalszego krytykowania Niemca za porównywanie go do Michaela Schumachera. Vettel nigdy nie porównał się do swojego idola z dzieciństwa, najbardziej dominującego kierowcy w historii Formuły 1, z 91 wygranymi na koncie (oznacza to jeden triumf na nieco ponad trzy wyścigi), siedmiokrotnego mistrza świata. Ale robią to inni, nazywając go kopią Schumachera albo Baby-Schumacherem. Osobiście jestem daleka od porównywania obu Niemców i sądzę, że czterokrotny mistrz świata zasługuje już na określanie go po prostu Sebastianem Vettelem. Gdy było już wiadomo, że zostanie on mistrzem świata 2013, to pierwszą osobą, z którą zetknął się wysiadając z samochodu był właśnie Michael Schumacher, gratulujący młodemu rodakowi ogromnego sukcesu. Wyglądało to jak symboliczne przekazanie pałeczki, a może wręcz berła króla F1 młodszemu o niemal 20 lat następcy, ale były to nadal dwie różne osoby, w żadnym wypadku spotkanie Schumiego z jego sobowtórem.

Kiedy kierowcy brakuje oczywistych słabych punktów, ludzie szukają ich na siłę i tak jest według mnie w przypadku Sebastiana Vettela. Prawie każdy kierowca F1 może wygrać mistrzostwo mając do dyspozycji dobry samochód, ale zdobycie dwóch, trzech, a wreszcie czterech tytułów wymaga o wiele większego wysiłku, koncentracji i współpracy z zespołem na zupełnie innym poziomie. Vettel ma naturalną szybkość, jest utalentowany, inteligentny, bezpardonowy, impulsywny i żądny sukcesów. Nigdy jednak nie zachowywał się jak „gwiazda”, zawsze miał dystans do siebie, o czym może świadczyć jego rozmowa z reporterem podczas konferencji prasowej w 2013 roku, na której padło na początku pytanie: „Jakie są Twoje tegoroczne plany na zdominowanie świata?” / „Jestem co prawda Niemcem, ale niczego takiego nie zapowiadałem” – odparł z uśmiechem. „Do tego nie noszę wąsów”. I mam nadzieję, że nie tylko ja zauważam w tym kierowcy zwykłego, dowcipnego mężczyznę.

„Jeśli robisz to, co kochasz – nic nie jest w stanie cię zatrzymać” i oby to motto towarzyszyło Sebastianowi już zawsze i doprowadziło go do kolejnych zwycięstw, których w jego wykonaniu jestem stuprocentowo pewna.

Redakcja

Tomasz Kubiak
Filip Cygan
Wojtek Paprota
Daniel Wawiórka
Roksana Ćwik
Maja Kozłowska
Kamil Topczewski
Olga Białczak
Dariusz Szymczak
Mikołaj Suchocki

Informacje

Redaguj z nami
Polityka prywatności
Gdzie oglądać wyścigi?
Kalendarz
Klasyfikacje
Wyniki

Partnerzy

rally and race