Felieton: Nawiedzony dom

Monako — jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie. Raj dla milionerów, ale również pięknie wkomponowane w górzysty krajobraz księstwo, które przyciąga najsławniejszych ludzi biznesu, filmu czy sportu. To tutaj spora część kierowców F1 mieszka na co dzień, na czele z bohaterem lokalnej społeczności – Charlesem Leclerkiem.

Kierowca Ferrari jak nikt inny zna własne podwórko od podszewki. To tutaj w czasach dorastania chodził do szkody, bawił się z rówieśnikami czy spędzał czas nad zatoką. Na bieżąco również wrzuca relacje na swojego Instagrama z różnych miejsc, gdzie widać, jak odbywa poranny jogging nad mariną czy trenuje na siłowni znajdującej się tuż przy głównej prostej start/meta wyścigu o Grand Prix Monako.

Nie pozostaje nic innego, jak tylko wsiąść do samochodu, zrobić swoje i po południu skoczyć do zaprzyjaźnionej kawiarni na espresso. Tak mogłoby się wydawać, ale w przypadku kierowcy Ferrari każdy weekend wyścigowy od sezonu 2017 wygląda jak wprowadzenie się do nawiedzonego domu: na początku niby jest pięknie i sielankowo, ale z czasem zaczynają się dziać dziwne rzeczy (czasem niewytłumaczalne), które na samym końcu doprowadzają do szaleństwa.

Czy to skrzypią drzwi? To skrzypi samochód!

Pierwszy raz, kiedy Leclerc pokazał się swoim sąsiadom na ulicznym torze Monako, miał miejsce w sezonie 2017 w Formule 2. Początek weekendu? Lepiej być nie mogło!

Monakijczyk wygrał trening, a następnie okazał się najszybszy w kwalifikacjach do pierwszego z dwóch wyścigów.

Jak powszechnie wiadomo – wyprzedzanie na ulicach Monako jest prawie niemożliwe, stąd wywalczenie pozycji na starcie jest nieporównywalnie ważniejsze, niż na wszystkich innych torach wyścigowych świata. Początek głównego wyścigu przebiegał książkowo dla ścigającego się wtedy w barwach Premy Leclerca: utrzymanie prowadzenia, budowanie przewagi i okrążenie za okrążeniem ustanawianie najszybszych czasów. Jednak po kontakcie Roberta Visoiu z Louisem Deletrazem pojawił się safety car, co wykorzystał Monakijczyk na obowiązkowy pit-stop.

Po wyjeździe z boksu Leclerc wrócił na czwartym miejscu, ale wibracje z przedniego lewego koła zmusiły go do ponownego zjazdu w przekonaniu, że opona jest źle założona. Po powrocie na tor problem jednak nie ustąpił i z powodu uszkodzenia zawieszenia Leclerc wycofał się z wyścigu na 26. okrążeniu. Zdarza się, takie są wyścigi.

Następnego dnia kierowca Premy startował z ostatniego miejsca do wyścigu sprinterskiego, co praktycznie z marszu przekreślało jego szanse na przyzwoity wynik. I tak się stało. Po przejechaniu 2/3 dystansu sprinterskiego Leclerc ponownie musiał wycofać się ze względu na problemy z elektryką.  Cały weekend dla przyszłej gwiazdy F1 można by podsumować jego tweetem z tamtej soboty:

Złe duchy w Alfie Romeo…

W kolejnym sezonie Leclerc dołączył do stawki F1, gdzie cały sezon spędził w zespole Alfa Romeo Sauber. Oczekiwania w stosunku do minionego roku były zgoła inne, ze względu na to, że szwajcarska ekipa nie dysponowała samochodem zdolnym do walki o czołowe lokaty, ale przy odrobinie szczęścia i w sprzyjających warunkach walka o małe punkty nie była wykluczona.  

Na ostatnich okrążeniach Grand Prix Monako 2018 Monakijczyk jadący na 12. miejscu zbliżał się do Brendona Hartleya w sekcji tunelowej, ale w wyniku awarii hamulców z impetem wjechał w tył kierowcy Toro Rosso, kończąc tym samym swój wyścig, jak i juniora Red Bulla. Drugi sezon z rzędu DNF w wyścigu. Przypadek?

… i w Ferrari

W sezonie 2019 Monakijczyk dołączył do Ferrari, jako członek akademii włoskiego zespołu. Początek sezonu wskazywał na to, że w czerwonych barwach Leclerc może realnie myśleć choćby o zajęcie podium w domowym wyścigu. Pierwsze dwa treningi nie były jakoś nadmiernie optymistyczne, ale już w sobotni poranek przed kwalifikacjami mieszkaniec Monako był najszybszy.

W decydującej o ustawieniu na starcie sesji Leclerc dość pewnie wykonał swój przejazd w Q1, po czym Ferrari postanowiło odpuścić kolejną próbę i…przez to kierowca z numerem 16 został wypchnięty przez innych kierowców na miejsce nie gwarantujące udziału w Q2. Tym razem to zespół pozbawił Monakijczyka marzeń o dobrym wyniku w domowym Grand Prix. Co prawda w wyścigu kierowca Ferrari starał się odrabiać straty, ale po kontakcie z barierą i przebiciu opony w konsekwencji tego została uszkodzona podłoga i na 18. okrążeniu bohater lokalnej publiczności kolejny raz wycofał się z wyścigu. To chyba jakieś fatum.

Upiór w kasynie

W sezonie 2020 Formuła 1 nie odwiedziła stolicy hazardu ze względu na pandemię, ale jeden z najsłynniejszych wyścigów świata wrócił w roku 2021. Na ten wyścig wróciła też forma Ferrari, która od poprzedniego sezonu była na strasznie niskim poziomie. Piątkowe treningi pokazały, że na specyficznym obiekcie, jakim jest uliczny wyścig w Monako, włoska ekipa może sprawić niespodziankę, a potwierdzeniem tego były czołowe czasy dwójki kierowców z Maranello.

Potwierdzenie zwyżki formy Ferrari przyszło w sobotnich kwalifikacjach. Charles Leclerc na pierwszym przejeździe w Q3 uzyskał najlepszy czas i ustawił się na prowizorycznym pole position. Podczas drugich przejazdów w sekcji basenowej Leclerc chciał jeszcze wyżej postawić poprzeczkę rywalom i…zahaczył prawym przednim kołem o barierę, co doprowadziło do uderzenia prawą stroną samochodu w bariery za szykaną kilka metrów dalej. Nieprzyjemne zdarzenie, ale do przełknięcia.

Wypadek kierowcy Ferrari spowodował wywieszenie czerwonej flagi, która tym samym oznaczała koniec sobotnich kwalifikacji. Ku uciesze lokalnej publiczności oznaczało to start z pole position ich krajana i otwartą drogę do sprawienia niespodzianki podczas niedzielnego wyścigu. Do czasu.

Najmocniej w samochodzie SF21 ucierpiała prawa tylna strona, gdzie w wyniku kraksy mogło dojść do uszkodzenia skrzyni biegów, a jej wymiana oznaczała +5 na starcie dla Monakijczyka. Nerwowe wyczekiwanie, kiedy mechanicy Ferrari zajmą się przygotowaniem samochodu z numerem 16 do wyjazdu na tor snuło domysły, czy niemal pewne zwycięstwo czasem nie wymknie się z rąk?

Komunikat włoskiej ekipy w końcu nadszedł: „skrzynia cała”. Kamień z serca dla fanów Leclerca, którzy nie spodziewali się, że najgorsze dopiero nadciąga.

W drodze na pola startowe kierowca Ferrari opuścił garaż nieco szybciej, aby sprawdzić wszystkie systemy i wtedy okazało się, że samochód nie jest jednak w pełni sprawny. Początkowo wydawało się, że problemem jest skrzynia biegów, ale zespół z Maranello wydał komunikat, w którym stwierdził, że „Charles nie rozpocznie wyścigu z powodu problemu z lewym wałem napędowym, którego nie da się naprawić na czas przed startem wyścigu”. Najgorszy koszmar w piękne słoneczne popołudnie - Leclerc nawet nie zaprezentował swojego czerwonego Ferrari na pierwszym polu startowym. Wróciły demony przeszłości.

Egzorcyzm pod postacią F1-75?

Bez wątpienia domowe Grand Prix od strony wyników należy do najgorszych rund dla Monakijczyka. Na pięć prób ani razu Charles nie ujrzał flagi w biało-czarną szachownicę, a to tylko wzmaga presję na zawodniku. Jakby tego była mało, niespełna dwa tygodnie temu podczas wyścigów historycznych samochodów ulicami Monako kierowca Ferrari wykonał demonstracyjny przejazd samochodem Nikiego Laudy – Ferrari 312 B3-74 i…w zakręcie La Rascasse zawiodły hamulce, przez co Leclerc uderzył tyłem w barierę.

Nadchodząca siódma runda sezonu 2022 F1 być może będzie dla Monakijczyka tą, która w końcu przepędzi ze swojego podwórka upiorną passę. Podczas weekendu w Barcelonie tegoroczny model F1-75 był najszybszy w trzecim sektorze obiektu w Montmeló, co uznawane jest za wyznacznik potencjału samochodu na krętych ulicach Monako, a to już coś.

Martwić może jednak problem z niezawodnością, przez którą Leclerc nie ukończył Grand Prix Hiszpanii. Nadzieja w tym, że wraz z ostatnim tchnieniem drugiej turbosprężarki i drugiego MGU-H w jego samochodzie dokonał się swego rodzaju egzorcyzm.

 

 

Postaw mi kawę na buycoffee.to
Pokaż komentarze