Wyścig w Baku rozczarował kibiców po niesamowitych spektaklach w zeszłych sezonach. Rozczarowani nie byli jednak fani zespołu Mercedesa. Niemiecki zespół ma niespodziewanie najlepszy początek sezonu w całej historii F1. Pomaga im jednak głęboki kryzys Ferrari.

Dlaczego było tak nudno?

Wyścigi w Baku w ostatnich dwóch latach były jednymi z najlepszych w sezonie. Były pełne emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wyścig w tym roku był jednak dość przewidywalny i nudny, w porównaniu z tym, czego oczekiwano. Dlaczego tak się stało? Podobnie jak w sezonie 2016, kiedy wyścig też mocno zawiódł, na torze nie pojawił się samochód bezpieczeństwa. Powodował on zawsze zamieszanie w strategiach, obniżał temperaturę opon, stawiając kierowców w trudnej sytuacji, powodował widowiskowe restarty, a nawet przyczynił się do pamiętnej kolizji Sebastiana Vettela i Lewisa Hamiltona. W tym roku nie doczekaliśmy się samochodu bezpieczeństwa i nie doczekaliśmy się emocji.

Mercedes na szczycie

Przed wyścigiem Toto Wolff mówił, jak zawsze, że Ferrari jest faworytem. Tym razem jednak po treningach wydawało się, że ma rację. Charles Leclerc był klasą dla siebie. Kierowcy Mercedesa mieli ponad sekundę straty. W kwalifikacjach jednak, kiedy Leclerc niespodziewanie nie mógł wziąć udziału w Q3, Mercedes odżył. Pokonali osamotnionego Vettela, którego sprytnie podeszli. Za pomocą próbnego startu przesunęli się na koniec kolejki, podczas gdy Vettel był pierwszy na torze i nie mógł korzystać z aerodynamicznego cienia innych kierowców, co na tym torze ma wyjątkowo duże znaczenie. Przed wyścigiem Mercedes pracował nad aerodynamiką, by zminimalizować przewagę silnika Ferrari na prostej, co się udało.  W efekcie o zwycięstwo ich zawodnicy walczyli wyłącznie ze sobą. Valtteri Bottas wygrał kwalifikacje o włos, potem na starcie Hamilton wystartował nieco lepiej, ale wolał nie ryzykować ewentualnej kolizji, co było bardzo rozsądne. W efekcie Mercedesy nie niepokojone dojechały w szyku do mety. Lewis atakował pod koniec, ale Valtteri twierdził po wyścigu, że cały czas miał wszystko pod kontrolą. Stało się to, czego nikt się w tym roku po Mercedesie nie spodziewał. Zaczęli najlepiej w historii F1, od czterech podwójnych zwycięstw.

Hamilton podkreślał, że na starcie zostawił Bottasowi za dużo miejsca, a także, że stracił trochę czasu, kiedy na torze pojawił się wirtualny samochód bezpieczeństwa. Sugerował tym samym, że wygrałby, gdyby się nieco bardziej postarał. Znowu zaczyna pojawiać się jego narcystyczny rys osobowości i widać, że tłumaczy sam przed sobą porażki, podkreślając, że mimo wszystko to on jest najszybszy. Świadczy to o tym, że nie jest już tak pewny siebie w konfrontacji z Bottasem. To, że ustąpił mu na początku wyścigu, świadczyło o tym, że go nieco lekceważy. Na końcu wyścigu ewidentnie przyszła refleksja, że był to błąd.

Odpuszczenie i nie ryzykowanie kolizji było oczywistą decyzją w kontekście walki z Ferrari, ale nie w kontekście wewnętrznej walki z Bottasem, którego pewność siebie rośnie coraz bardziej. Hamilton zawsze uważał się za szybszego od Nico Rosberga, a jednak z nim przegrał. Musi uważać, by nie pozwolić Valtteriemu na za wiele. W następnym wyścigu z pewnością będzie bardziej nieustępliwy. Czy Bottas może zostać mistrzem? Trudno było nie zauważyć, że biorąc pod uwagę rozmiar zwycięstwa, Toto Wolff nie cieszył się zbyt wylewnie. Najwyraźniej perspektywa kolejnej wewnętrznej walki o mistrzostwo zbytnio go nie cieszy.

Sam fakt, że te mistrzostwa mogą stać się wewnętrzną sprawą Mercedesa jest ogromną niespodzianką. To, że Bottasa i Hamiltona dzieli tylko punkt, a najbliższy konkurent traci do nich aż 34 punkty, to coś, czego przed sezonem nikt się nie spodziewał.

Mercedes w poprzednim sezonie wszedł na inny poziom. Są perfekcyjni. Nie mają już dominującego samochodu, ale zespół działa lepiej niż kiedykolwiek. Czy to już najlepszy zespół wszechczasów? Kiedyś, za czasów Rosberga, nikt im nie zagrażał. Gdy dogoniło ich Ferrari, wyszły na jaw problemy, które wcześniej nie były istotne. W połowie poprzedniego sezonu, po taktycznych błędach i awariach znaleźli się w trudnej sytuacji. To jak z niej wyszli i jaki poziom perfekcji osiągnęli, robi wrażenie. Jak długo jeszcze potrwa ta dominacja? Odpowiedź na to pytanie zależy przede wszystkim od Ferrari.

Ferrari w kryzysie

Ferrari w Baku znowu pokazało potencjał i znowu go zmarnowało. W treningach znowu nie mieli sobie równych, a Charles Leclerc wyglądał równie dobrze jak w Bahrajnie i stał się szybko faworytem do zwycięstwa. W Q2 jednak zobaczyliśmy Ferrari Leclerca, wbite w tą samą barierę po zewnętrznej zakrętu ósmego, co wcześniej w Q1 Williams Roberta Kubicy. W Ferrari dużo rzeczy zawodziło, ale jak dotąd nie zawodził Leclerc. Charles zawsze jest surowy dla siebie i tym razem również wziął winę na siebie, stwierdzając, że jest idiotą. Popełnił ten sam błąd co Kubica. Nie wycofał się z manewru, który był skazany na porażkę. Obaj kierowcy nie uciekali od odpowiedzialności, ale takie błędy nie biorą się znikąd. Biorą się z tego, że nie czują się pewnie w samochodzie. O ile w przypadku Kubicy, nie trzeba tłumaczyć skąd ta niepewność wynika, to w przypadku Leclerca wynikała z tego, że jechał na niewłaściwych oponach, czyli mieszance pośredniej. Dodatkowo okazało się, że Leclerc w ogóle nie musiał wyjeżdżać drugi raz, by awansować do Q3. Ferrari więc strzeliło sobie w stopę i pozbawiło się największej szansy na zwycięstwo.

Drugą szansą był Vettel. Okazał się niestety kompletnie niegroźny dla Mercedesów. Miał słabe tempo w pierwszym stincie i nadzieją zespołu niespodziewanie stał się znowu Leclerc, który szybko przedostał się do pierwszej piątki. Charles na pośredniej mieszance znalazł się na prowadzeniu i gdyby nastąpiła faza samochodu bezpieczeństwa, wróciłby do gry. Ta jednak nie nastąpiła i w efekcie Ferrari było tłem, a Leclerc skończył na piątym miejscu, zdobywając jedynie dodatkowy punkt za najszybsze okrążenie. Wyniki Ferrari są niestety kompromitujące. W Barcelonie mają zaprezentować znacznie poprawiony samochód, może wtedy nastąpi przełom.

Racing Point i McLaren na fali wznoszącej

Sergio Perez od dawna jest specjalistą od toru w Baku. Tym razem nie udało się zdobyć podium, ale i tak był zdecydowanie najlepszy z reszty, utrzymując za sobą, bardzo szybkie tego dnia, McLareny. Lance Stroll również zdobył punkty. To bardzo dobry wynik dla zespołu, który nadal korzysta z samochodu, bardzo przypominającego zeszłoroczny. W Barcelonie mają pokazać praktycznie nowy samochód. Rywale mają czego się obawiać.

Rywalem w walce o czwarte miejsce w klasyfikacji konstruktorów chyba w końcu w tym roku okaże się McLaren. Po słabym występie w Chinach, w Azerbejdżanie fani zespołu odetchnęli z ulgą. Kierowcy Mclarena przez cały czas walczyli w pierwszej dziesiątce, naciskając Pereza. Najpierw zagrażał mu Lando Norris, ale zespół, nie mając nic do stracenia, zaryzykował dodatkową zmianę opon i ostatecznie siódmy dojechał do mety Carlos Sainz, przełamując pechową serię. To pierwszy podwójny finisz w punktach McLarena od zeszłorocznego Grand Prix Azerbejdżanu. Czy tym razem utrzymają formę przez cały sezon? W przypadku tego zespołu lepiej być ostrożnym z takimi twierdzeniami.

Williams ciągle na dnie

Taki tor jak Baku daje szanse gorszym teamom, ale nie jeśli chodzi o Williamsa. W zeszłym roku zdobyli tu punkty, ale w tym roku ich forma jest z wyścigu na wyścig gorsza, w porównaniu z resztą stawki i w porównaniu z zeszłorocznymi czasami. Oznacza to, że ich słaba forma nie jest konsekwencją problemów na testach, co spowodowało, że są o krok do tyłu. Nie widzimy żadnego odrabiania strat. Problemy na testach nie były przyczyną, tylko objawem problemów, których zespół jeszcze nie przezwyciężył i dlatego traci coraz bardziej.

W Baku wszystko poszło źle. Russel miał pechową przygodę w piątek i w efekcie wystąpił tylko w trzecim treningu. W kwalifikacjach jednak wygrał z Kubica, który rozbił się w zakręcie ósmym. Mechanicy musieli więc w ten weekend odbudować oba samochody, ale ich praca poszła na marne. O ile Polak sam zniszczył sobie kwalifikacje, jego team zadbał o zniszczenie mu wyścigu. Po starcie z alei serwisowej Kubica już na pierwszym zakręcie zorientował się, że hamulce działają nie do końca tak jak powinny, a następnie dowiedział się, ze z powodu błędu zespołu, czeka go przejazd przez boksy. Polak stwierdził, że jego sukcesem było ukończenie wyścigu. Z pewnością biorąc pod uwagę wszystkie problemy, można to uznać za sukces. Wszystkie te wpadki i pechowe zdarzenia nie wiele jednak zmieniają, bo kierowcy Williamsa nawet po perfekcyjnym wyścigu i tak byliby na końcu.  

W ostatnich latach obserwowaliśmy  kilka razy sytuację, w której teamy miały opóźnienia na testach i przekładało to się na słabszą formę w pierwszych wyścigach. Jednak zazwyczaj na wysokości Barcelony kryzys już był zażegnany. Williams powinien zdiagnozować problemy podczas pierwszych wyścigów, a w Barcelonie testować nowe części i rozwijać samochód. Nikt chyba nie wierzy już, że to jest możliwe. W tej chwili jasne już jest, że ten sezon będzie jeszcze gorszy od poprzedniego. Niestety podobnie jak Manor w sezonie 2015, zespół w zasadzie wyłącznie trzyma miejsce w F1, z myślą o przyszłych sezonach. Tylko dobrze byłoby widzieć chociaż plan koniecznych zmian.

Rozczarowanie Toro Rosso, Renault i Haasa

Nie tylko Williams ma powody do zaniepokojenia. Renault i Haas w Melbourne były najsilniejszymi teamami w środku stawki. Co prawda w tym roku sytuacja zmienia się z wyścigu na wyścig jak w kalejdoskopie, ale wyraźna tendencja spadkowa powinna niepokoić. Możliwe, że z samochodami są fundamentalne problemy, których nie da się przezwyciężyć przez cały sezon. Z kolei Toro Rosso wyglądało świetnie w treningach i ich zerowy dorobek punktowy jest sporym rozczarowaniem.

Nico Hulkenberg, podobnie jak zawodnicy Haasa, przez cały wyścig był po prostu wolny. Daniel Ricciardo i Daniił Kwiat odpadli z wyścigu z powodu przedziwnego incydentu, kiedy obaj walczyli o dziesiąte miejsce. Australijczyk najpierw zaatakował zdecydowanie zbyt optymistycznie, spychając Rosjanina na pobocze, a potem, gdy oba samochody starały się wrócić na trasę, wycofał się nie patrząc w lusterka wprost na pojazd Rosjanina, za co dostał trzy karne miejsca na starcie następnego wyścigu.

Alex Albon w drugim Toro Rosso przedłużył za bardzo pierwszy stint i w rezultacie skończył wyścig na pechowym jedenastym miejscu. Wszyscy zostali pogodzeni przez Kimiego Raikkonena. Fin pierwszy zjechał na zmianę opon i w efekcie tego posunięcia i dobrego tempa na oponach pośrednich zgarnął punkt za dziesiąte miejsce. Kimi, który jako jedyny w środku stawki punktuje w każdym wyścigu. Był to pozytywny koniec pechowego weekendu dla Alfy, w którym obu ich zawodników dotknęły kary. Jeśli chodzi o tempo są jednak blisko McLarena i Racing Point i ich pozycja w klasyfikacji jest całkowicie zasłużona.

Redakcja

Tomasz Kubiak
Filip Cygan
Wojtek Paprota
Daniel Wawiórka
Roksana Ćwik
Maja Kozłowska
Kamil Topczewski
Olga Białczak
Dariusz Szymczak
Mikołaj Suchocki

Informacje

Redaguj z nami
Polityka prywatności
Gdzie oglądać wyścigi?
Kalendarz
Klasyfikacje
Wyniki

Partnerzy

rally and race