Dzisiaj mija tydzień od tysięcznego Grand Prix Formuły 1. Oczywiście, wciąż znaleźć można wiele osób, które nie zgadzają się z oficjalną wersją i przedstawiają własne wyliczenia. Zgadzam się i szanuję to, że ktoś nie widział w Grand Prix Chin 1000. wyścigu, ale uznajmy, że tak było.

Kiedy dwa lata temu zaczęto odliczać do tego „wielkiego dnia”, nie mogłam doczekać się wyścigu. Wizja podróży do Chin, miejsca dalekiego od mojego domu nieco przerażała, ale w końcu – wraz z naszym naczelnym – dotarliśmy na miejsce. Podróż z Poznania do Frankfurtu i czekanie na lot do Szanghaju oraz prawie 12-godzinna podróż była niczym w porównaniu z ilością kontroli i oczekiwaniem na lotnisku Pudong, ale nie o tym chciałam napisać.

1000. wyścig. Moje wyobrażenie tego wielkiego wydarzenia brutalnie zderzyło się z rzeczywistością. Kiedy pojawiliśmy się w czwartek na torze, wiele rzeczy było nadal w fazie budowy. Na środku padoku namalowano wielkie „1000” i z każdym dniem dodawano nowe elementy. My jako osoby będące w środku tego całego zamieszania nie mogliśmy w całości podziwiać tego „dzieła”, za to ci, co oglądali je z lotu ptaka w telewizji na pewno nie raz mówili: „wow”.

Przed samym weekendem pojawiało się wiele informacji na temat jego przebiegu. Kto się pojawi, kto może się pojawić, jakie samochody, atrakcje… i na obietnicach, i nadziejach się skończyło. Podobnie jak niektórzy dziennikarze i fani uważam, że FIA, tor w Szanghaju oraz Liberty Media nie wykorzystały szansy na to, aby uczcić ten dzień i to wydarzenie w taki sposób, w jaki się powinno.

Kiedy przyjechaliśmy na tor, na wstępie otrzymaliśmy dosyć ubogą „wyprawkę dziennikarza”, gdzie zszokował nas brak aktualnej klasyfikacji generalnej czy nawet numerów telefonów do osób za nas odpowiedzialnych. Znaleźliśmy natomiast szczegółowy harmonogram, w którym znalazła się m.in dwugodzinna próba ceremonii otwarcia oraz prezentacji kierowców. Przyznaję, że rozbudziło to nasze oczekiwania, natomiast rzeczywistość do nich nie dorosła.

Przyznaję szczerze i wprost: pojechaliśmy do Chin, bo chcieliśmy to wszystko zobaczyć na własne oczy, przeżyć coś niesamowitego i zapamiętać to na długo, a tak naprawdę był to prawie zwyczajny weekend z kilkoma bonusami. Po przeliczeniu wszystkiego Chiny kosztowały nas tyle, co trzy europejskie wyścigi, ale dotarliśmy do Chin, bo tego chcieliśmy.

W padoku pojawiły się samochody. Dokładnie trzy sztuki, które należały do lokalnych osób. Był to Lotus Kimiego Räikkönena z 2012, Williams z 1993 roku oraz samochód Stewarta z 1997. W gablotach dalej wystawiono kilka modeli samochodów z autografami kierowców, kierownice, silnik z McLarena Alaina Prosta oraz kombinezony kierowców, w tym Roberta Kubicy z czasów Renault czy Sebastiana Vettela z czasów Red Bulla. Co dzień były małe zmiany, ale wiele osób nie zwracało na to uwagi, bo kto mógł się spodziewać, że organizatorzy będą zmieniać kierownice czy kombinezony w gablotach?

Z okazji #Race1000 uhonorowano dwóch dziennikarzy, którzy byli na największej ilości Grand Prix. Pamiątkową, srebrną monetę o wadze kilograma otrzymali Giorgio Piola, który od wielu lat raczy nas genialnymi grafikami i porównaniami samochodów oraz zmian, a także Rogera Benoita, który wielu fanom F1 kojarzy się z cygarem i ciętym językiem. Pierwszy był na 811 wyścigach, drugi na 739. Oczywiście nie obyło się bez komentarzy, a nawet kłótni o to, kto ile ma wyścigów na swoim koncie, czy naprawdę na nich był, a jeżeli tak, to czy jako dziennikarz czy w innej roli.

Dodatkową atrakcją była również specjalna edycja plakatu. Poprzednio pisaliśmy o limitowanej, 1000-sztukowej edycji białego plakatu, a dziennikarze, kierowcy oraz szefowie ekip zostali obdarowani specjalnym czarnym plakatem, który został zaprezentowany przez Pavla Turka, a także Mario Isolę, Damona Hilla, który otrzymał pierwszy egzemplarz, a także Chase’a Careya.

Co z aktywnością na torze? No cóż… Przed weekendem wiele mówiło się o tym, że za sterami Ferrari z 2004 roku zasiądzie Mick Schumacher i wykona kilka przejazdów samochodem, który prowadził jego ojciec, ale… samochód nie dotarł na miejsce, a całą atrakcję „po cichu odwołano”. Na torze pojawił się tylko Damon Hill w samochodzie Lotus 498, którym jego ojciec zdobył mistrzostwo świata. Inne aktywności miały miejsce w Szanghaju i nie było możliwości, aby dotrzeć na miejsce w trakcie trwania weekendu Grand Prix, ponieważ droga z toru do centrum zajmowała ponad godzinę.

Na co mogli liczyć ci, którzy nie pojawili się na torze? Między innymi na przejazd samochodu Pirelli w specjalnych barwach oraz na przejazd lokalnej gwiazdy, podopiecznego zespołu Renault Guanyu Zhou, który pojawił się również na torze w sobotę. Tysięczne Grand Prix było też szczególne dla firmy odzieżowej A Bathing Ape, która zaprezentowała specjalną kolekcję ubrań, a w padoku stanął samochód F1 w różowych barwach.

Co jeszcze się wydarzyło na torze oprócz samego wyścigu? Przed całą akcją byli kierowcy, którzy normalnie pracują dla telewizji, obecni kierowcy, szefowie ekip oraz szefostwo FIA ustawili się do jubileuszowego zdjęcia. Wszyscy, którzy się na nim znaleźli, normalnie pracują w padoku Formuły 1 przez cały rok (a nawet nie wszyscy, bo zabrakło m.in. dyrektora sportowego F1 Rossa Brawna). Nie zaproszono nikogo spoza. W czasie weekendu w Chinach odbywała się runda Formuły E w Rzymie, wcześniej runda IndyCar na torze Long Beach, więc nie było fizycznej możliwości, aby niektórzy byli kierowcy F1 mogli dotrzeć na miejsce na tor.

Dopiero po wszystkim zorientowaliśmy się, że pod tajemniczą pozycją „prezentacja kierowców” w harmonogramie kryło się właśnie to proste pamiątkowe zdjęcie. W porównaniu z wielką pompą, jaka co roku ma miejsce w Austin, pozostawiło to spory niedosyt. O przelocie sił powietrznych, występach lokalnych gwiazd czy jakichkolwiek odstępstwach od standardowej procedury można było jedynie pomarzyć. Jedyny moment, który niósł ze sobą jakąś symbolikę, to gdy flagą w szachownicę na koniec wyścigu zamachał Alain Prost.

Grand Prix w Chinach na pewno było ważne dla ekip fabrycznych, ponieważ rynek chiński jest jednym z największych na świecie. Jeszcze chyba na żadnym Grand Prix nie pojawiło się tylu przedstawicieli koncernów samochodów co w Chinach. Jedną z nielicznych ekip, która miała w miarę „wolne” był Haas, z czego z korzystaliśmy przeprowadzając wywiad z szefem ekipy Güntherem Steinerem oraz z Romainem Grosjeanem.

Jeżeli chodzi o samo świętowanie, to można również dodać, że na samochodach pojawiły się okolicznościowe naklejki „1000”. Na samochodzie Alfy Romeo pojawiła się większa grafika przypominająca o tym, że to auto tej marki wygrało pierwszy wyścig F1, a przed garażem Red Bulla świętowano wraz z Exxon Mobil – koncern energetyczny był jedynym sponsorem, który postanowił skorzystać z okazji do pochwalenia się swoją historią, m.in. zmieniając logotypy swoich produktów na te w stylu retro. Poza tym było kilka akcentów kaskowych – poza Romainem Grosjeanem, okolicznościowe kaski przygotowali obaj kierowcy Renault, natomiast największą uwagę przykuł kask George’a Russela, który będąc wielkim fanem Juana Pablo Montoyi, poświęcił mu połowę malowania.

Czy obchodzi #Race1000 mnie rozczarowały? I tak i nie, ale na pewno liczyliśmy na więcej. Miałam nadzieję na wielkie święto, które zapamiętam do końca życia. Na święto świata Formuły 1. Na to, że zobaczę i usłyszę samochody z poprzednich lat, że zobaczę wielkie nazwiska tego świata, które już dawno są na emeryturze. Że pojawi się Bernie Ecclestone, który przecież poświęcił całe swoje życie dla tego sportu, a byli wszyscy ci, co po prostu muszą i tu pracują.

Redakcja

Tomasz Kubiak
Filip Cygan
Wojtek Paprota
Daniel Wawiórka
Roksana Ćwik
Maja Kozłowska
Kamil Topczewski
Olga Białczak
Agata Kurek
Dariusz Szymczak
Mikołaj Suchocki

Informacje

Redaguj z nami
Polityka prywatności
Gdzie oglądać wyścigi?

Partnerzy

rally and race