Ferrari. Mistrzowie świata w byciu prawie najlepszym

Grand Prix Włoch obnażyło napięcia między kierowcami Ferrari, które narastały od tygodni. Spory o hierarchię w ekipie, przytyki w stronę szefa zespołu, niezadowolenie z zarządzania i marne szanse na tytuł. Prawdziwy problem polega na tym, że Scuderia od lat zadowala się byciem prawie najlepszym.
Kolejny odcinek opery mydlanej Ferrari
Po zwycięstwie w Grand Prix Włoch, tytuł dla Kimiego Antonellego jest niemal zabetonowany. Nie ma co się oszukiwać, chyba że kometa uderzy w Brackley do końca sezonu albo Mercedes potknie się o własne nogi. To niemożliwe w obu przypadkach. Mercedes to reżim na kółkach, nie Ferrari czy nawet McLaren z zeszłego roku. Oni nie zapomnieli jak wygrywać mistrzostwa.
Monza stanowiła szansę dla George’a Russella i Lewisa Hamiltona na odrobienie strat i podtrzymanie leciwej nadziei na walkę o mistrzostwo świata. Lepszej okazji nie można sobie wymarzyć: lider klasyfikacji generalnej startuje z 19. miejsca, więc z pewnością jego kolega z zespołu wygra wyścig, a Ferrari znajdzie się na podium. Nie tak szybko.
Co się naprawdę stało? Ferrari przeżyło kolejne załamanie nerwowe. Natomiast Russell został zabetonowany przez Antonellego, który już na 18. okrążeniu pojawił się w jego lusterkach jak uporczywe BMW na ekspresówce.
Z Ferrari grande planu wyszła grande strategia, jak zawsze. Hamilton dojechał na 6. miejscu i teraz traci do Antonellego 76 punktów. Jeżeli wcześniej Brytyjczyk chwytał się jak tonący brzytwy naiwnej nadziei, że zdoła jeszcze zdobyć 8. tytuł w tym roku, to teraz powinien raczej odpuścić.
Tytuł odjechał
Ustalmy sobie jedno, żadnej walki o tytuł nie było i nie ma. Hamilton znalazł się w teoretycznej rywalizacji dzięki problemom Mercedesa z awaryjnością, co pokryło się z jego solidną formą i regularnymi punktami. Zespół z Brackley ma najlepszy bolid i jednostkę napędową w stawce.
Unbelievable... Kimi made up 18 places in 18 laps #F1 #ItalianGP @MercedesAMGF1 pic.twitter.com/CjDyXI4PDu
— Formula 1 (@F1) September 6, 2026
Nikt, kto zobaczył Antonellego z nowym silnikiem, jadącego jak nóż przez masło po zwycięstwo na Monzy nie może mieć wątpliwości, że to rakieta. Pozamiatane. Warto przypomnieć, że Mercedes w porównaniu do Red Bulla, McLarena i Ferrari nie ulepszył znacznie bolidu od początku sezonu. Nie wprowadził jeszcze poprawek do silnika, które przysługują mu w ramach ADUO. Stajnia z Maranello tak. Pakujcie walizki.
Oczywiście, F1 jest nieprzewidywalna, jak widzieliśmy w 2025. Tyle że Mercedes to nie McLaren, a Ferrari to nie Red Bull. Włoska stajnia zapomniała jak wygrywać. Tym samym wracamy do trwającego niemal 20 lat problemu Scuderii.
Ferrari to najbardziej niepoważny poważny zespół w stawce, a na pewno z pierwszej czwórki. Można się śmiać z bałaganu w Red Bullu, ale oni przynajmniej udowodnili już raz, że są w stanie z niego wyjść. I pewnie znowu to zrobią, szybciej od ekipy z Maranello.
Już na Zandvoort dwa tygodnie temu pojawiło się znaczne pęknięcie. A to wszystko przed weekendem na Monzy. We Włoszech Ferrari świętowało dziedzictwo Michaela Schumachera jeszcze większym kryzysem.
W Ferrari walczą tylko ze sobą
Hamilton podniósł się po uwłaczającym sezonie 2025, a nowa generacja bolidów mu pasuje. Przypomniał sobie kim jest. Zapomniał jednak, że jeździ dla Ferrari. W tej całej sytuacji i po krytyce Brytyjczyka o sposobie zarządzania zespołem brakuje tylko, żeby prezes John Elkann znowu wtrącił swoje trzy grosze.
Contact between the Ferraris! 👀
— Formula 1 (@F1) September 7, 2026
Lewis and Charles fight for track position at the race start #F1 #ItalianGP pic.twitter.com/OwEzhHZdif
Kierowcy Ferrari walczą ze sobą bardziej, niż walczą z innymi zawodnikami. Widzieliśmy to nie raz i już w 2019, gdy Charles Leclerc dołączył do Sebastiana Vettela. Potem z Carlosem Sainzem Jr sytuacja powtarzała się, teraz z Lewisem Hamiltonem, ale gorzej.
Z całym szacunkiem dla Fina, ale Charles Leclerc to nie jest Valtteri Bottas. Z kolei Lewis Hamilton to nie byle jaki młodziak czy drugi kierowca. Nie wygrywa się 7 tytułów, będąc miłym i bez dużego ego. To sport, nie Teletubisie.
Lewis Hamilton przyszedł do Ferrari, aby zmieniać i przywrócić zespół do chwały. Powtarzam się w nieskończoność, ale Vettel i Alonso już próbowali im się nie powiodło. W końcu uderzanie głową w ścianę się nudzi.
Michael Schumacher mógł liczyć na Jeana Todta (z całym szacunkiem, ale Fredowi Vasseurowi daleko do niego), Rossa Browna oraz Rory’ego Byrne’a. Kogo tak właściwie ma Hamilton? Gdy odszedł do Ferrari nie nastąpił masowy exodus inżynierów jak z niegdyś Benettona. Najwyższe głowy w Maranello wspierają go dopóki, dopóty za bardzo nie wzbudza ustalonego porządku. Vasseur stoi pośrodku, podczas gdy jego dwaj kierowcy próbują przeciągnąć linę na swoją stronę.
Prawdziwy problem polega na tym, że włoski zespół już kolejny raz zawiódł. Co roku obiecuje walkę o mistrzostwo, ale rozczarowuje. I tak od 2008. Niesamowite.
Ferrari to zespół prawie. Prawie mistrzowski, prawie dobrze funkcjonujący, prawie najlepszy. Prawie to ich sufit od prawie dwóch dekad.












