F1 już poprawia własne regulacje: Można to było przewidzieć

Zaledwie po czterech wyścigach Formuła 1 wycofuje się z nietrafionego pomysłu. Zespoły, producenci i FIA zgodzili się zmniejszyć poziom elektryfikacji bolidów od 2027. Od początku było wiadomo, że pomysł równego podziału jest niepoważny. Teraz F1 próbuje zachować twarz i ratować sytuację.
F1 pozwoliła wykręcić sobie rękę
Stało się, Formuła 1 idzie po rozum do głowy. Za późno i z uporem, ale możemy spodziewać się zmian w regulaminie technicznym od 2027. Planowane jest zmniejszenie energii elektrycznej wykorzystywanej przez system odzyskiwania energii ERS o 50 kW przy jednoczesnym zwiększeniu mocy silnika spalinowego o tyle samo kilowatów.
To, że obecna generacja bolidów z niemal równym podziałem energii elektrycznej i pozyskiwanej z silnika spalinowego w jednostce napędowej będzie błędem, wiedzieliśmy prawie od razu. Było to oczywiste, gdy w 2023 po raz pierwszy usłyszeliśmy o bardziej konkretnych planach i gdy następnego roku zostały opublikowane przepisy F1 ugięła się do woli producentów.
Mleko się rozlało i obecnie mamy ściganie, które można nazwać śmiesznym, sztucznym lub generalnie niepoważnym. Już podczas testów przedsezonowych w Bahrajnie kierowcy wyraźnie dali znać, że nie lubią nowych bolidów. Owszem, same bolidy są mniejsze i zwinniejsze, ale nie ma żadnej przyjemności z jazdy, bo polega ona na zarządzaniu energią. Mario Kart w prawdziwym życiu.
Oczywiście CEO Formuły 1 zarzeka się z determinacją sprzedawców fotowoltaiki, że nowe bolidy są niesamowite. Sęk w tym, że musi sprzedać produkt, więc Stefano Domenicali równie dobrze mógłby reklamować magiczne garnki, ale fani i tak nie pozwolą sobie wpierać ciemnoty. Owszem, jest więcej wyprzedzania, ale przypomina to yoyo – tam i z powrotem.
Dla tych jednak, dla których pieniądze niekoniecznie są główną motywacją w motorsporcie i zależy na dobru F1, nowe regulacje są zwyczajnie złe. Duża liczba manewrów wyprzedzania nie oznacza automatycznie ciekawych wyścigów. Czasami cała ekscytacja polega na na samym wyczekiwaniu, czy kierowcy uda się wyprzedzić rywala, czy nie. Zresztą mało kto ogląda Formułę 1 dla dużej ilości wyprzedzania, od tego są inne serie, np. MotoGP.
Kuriozalna sytuacja
Sytuacja, w której znalazła się F1 jest dość śmieszna. Zaledwie po czterech Grand Prix zespoły, FIA i przedstawiciele producentów silników zgodzili się na zmiany od 2027. Sami wykopali pod sobą dół i chcą z niego wyjść. W tym roku już nie mogą, jedynie drobne poprawki wprowadzone od Miami muszą wystarczyć. Ponoć jest lepiej, ale w kwalifikacjach nadal absurdalnie jedzie się szybciej… jadąc wolniej i gorzej.
Tak szybka zgoda odnośnie zmian oznacza nieformalne przyznanie się do błędu. Dotychczas zarządzający królową motorsportu zarzekali się, że wszystko jest dobrze. W Miami jednak doszło do lekkiej korektu kursu oficjalnej narracji. Nikolas Tombazis, szef FIA ds. bolidów jednomiejscowych, przyznał, że przepisy wymagają drobnej korekty. Wiadomo, nikt z zarządzających F1 w jakikolwiek sposób otwarcie nie powie, że sport strzelił sobie w stopę.
Wyjątkiem jest oczywiście Mohammed Ben Sulayem. Prezes FIA, jak na wytrawnego populistę przystało, potrafi doskonale wykorzystać nastroje fanów do zwiększenia własnej popularności. Już w 2025, roku wyborczym, zadeklarował, że chce, aby F1 powróciła do wolnossących silników V8 lub V10 i zwołał serię spotkań, z których i tak nic nie wyniknęło. Nie porzucił jednak całkowicie tematu, bo w zeszłym tygodniu w Miami zadeklarował, że doprowadzi do tego, aby sport porzucił baterie już w 2030, wcześniej niż przewidywany cykl obecnych regulacji.
F1 próbuje zachować twarz
Królowa motorsportu chciała przyciągnąć więcej producentów silników (Audi) i zatrzymać innych (Hondę). Tym sposobem wymyśliła zwiększony udział energii elektrycznej do prawie połowy w całej jednostce napędowej. Był to ogromny kompromis, na który F1 nie powinna się była godzić. Z perspektywy czasu trudno nie przyznać racji Maxowi Verstappenowi i Christianowi Hornerowi, którzy krytykowali obecne regulacje jeszcze w 2023. Holender jest jednym z najgłośniejszych krytyków nowych bolidów i nie lubi ich do tego stopnia, że znowu grozi odejściem na emeryturę.
Lando Norris wants to see the battery gone 👋 pic.twitter.com/kC2E059Ypl
— Autosport (@autosport) May 3, 2026
Gdy podejmowano decyzję o nowych regulacjach, pozwolono, aby wola producentów przeważyła nad DNA królowej motorsportu. F1 zamiast wyznaczać trendy, podążyła za nimi. Tymczasem parę lat później i rynek motoryzacyjny wcale nie przesunął się w stronę całkowitej elektryfikacji (chyba że mówimy o tragicznym przypadku Jaguara, ale to raczej przestroga). Zresztą istnieje argument, że elitarna i odklejona od rzeczywistości królowa motorsportu (mówię to z sympatią) nie powinna w ogóle przejmować się losem aut drogowych.
F1 przykleiła się do nowych regulacji niczym aktywiści środowiskowi do asfaltu i teraz próbuje zachować twarz. Klej elektryfikacji trudno rozpuścić, ale od 2027 zostaną podjęte poważne próby. Nic nie zostało jeszcze formalnie zapisane w regulaminie i to krok w dobrą stronę. Bądźmy jednak szczerzy, Formuła 1 świadomie znalazła się w tej kuriozalnej sytuacji (pomimo ostrzeżeń) i w takim przypadku trudno odczuwać jakąkolwiek sympatię.























