Leclerc dalej wierzy, że Ferrari kiedyś wygra

Charles Leclerc podpisał nowy kontrakt z Ferrari. Monakijczyk aktywował klauzulę, dzięki której może zostać w zespole z Maranello do końca dekady. Nadzieja na mistrzostwo we włoskiej ekipie trwa dalej, choć z roku na rok wygląda coraz marniej. Decyzja Leclerca jest nieco rozczarowująca, ale przewidywalna.
Charles Leclerc widzi świat na czerwono
Złoty chłopiec Maranello podpisał właśnie kolejną umowę z Ferrari, dzięki której pozostanie tam na kolejne kilka lat. Właściwie jest to bardziej przedłużenie, uruchomienie klauzuli, jeśli chcielibyśmy wchodzić w szczegóły. Konkretne daty nie są znane, bo zespoły lubią ostatnio niejawność i ambiwalencję. Według szacunków kontrakt ma obowiązywać do 2028, z możliwością przedłużenia do 2030.
Here to stay ❤️ @ScuderiaFerrari pic.twitter.com/kOkveV33wp
— Charles Leclerc (@Charles_Leclerc) June 3, 2026
Oznacza to, że Leclerc może pozostać – i nie oszukujmy się, prawdopodobnie zostanie – z Ferrari do końca dekady. W zależności od realizacji planowanego powrotu silników V8, będzie jeździł w barwach rosso corsa w ciągu czterech różnych er regulacji technicznych.
Monakijczyk kontynuuje swoją przygodę z Ferrari w swoim ósmym sezonie, która stała się inspiracją wielu memów. Jak dotąd sięgnął po 27 pole position, ale jedynie 8 udało się przekuć w zwycięstwa w Grand Prix. To oczywiście bardziej odzwierciedlenie wielopłaszczyznowych problemów zespołu i brakach w kompetencji, niż talentu Leclerca.
Wszystkie drogi wiodą do Maranello
Nawet jeśli Leclerc miałby propozycje od innych czołowych zespołów, to i tak zostałby w Ferrari. Nie oszukujmy się. Zakochał się w rosso corsa jako dzieciak i świata poza tym nie widzi.
Rozważmy jednak, czy teoretycznie Leclerc rzeczywiście miał alternatywy. Głównym graczem na rynku kierowców jest bez dwóch zdań Max Verstappen. Holender, zgodnie ze słowami Laurenta Mekiesa, szefa Red Bulla, może odejść z zespołu po tym sezonie. Istnieje możliwość, że opuści F1, w zależności od kształtu regulacji w następnych latach.
Max Verstappen on his F1 future if plans for engine rule changes for 2027 are blocked by teams: pic.twitter.com/wTODNiwCjt
— The Race (@wearetherace) May 23, 2026
Verstappen rozgrywa wszelkie karty jako najlepszy kierowca w stawce. Każdy szef zespołu musi przynajmniej rozeznać się w jego sytuacji kontraktowej. Teoretycznie Holender mógłby pójść gdzie chce, zależy od oczekiwań i warunków. Oznacza to jednak, że pozostali zawodnicy mają znaczenie drugorzędne. Wpływa to także na sytuację Leclerca i Russella, uważanych za bardzo utalentowanych.
Czy Leclerc mógłby przejść do Mercedesa? Zależy od woli Verstappena i tego, jak poradzi sobie Russell. Według wielu Brytyjczyk i Monakijczyk są na podobnym poziomie, więc Toto Wolffowi trudno byłoby usprawiedliwić ewentualną wymianę.
Czy McLaren znalazłby miejsce dla Monakijczyka? Lando Norris to wychowanek akademii zespołu z Woking i ich pierwszy mistrz świata od 2008. Świetnie się tam czuje, mimo że jak dotąd sezon 2026 jest rozczarowujący. Oscar Piastri podpisał w zeszłym roku nową wieloletnią umowę, więc teoretycznie jego najbliższa przyszłość jest pewna (choć wiemy ile znaczą kontrakty w F1).
Red Bull jest obecnie w fazie przebudowy, a RB22 jest mniej więcej równie konkurencyjne lub trochę lepsze w zależności od toru, co SF-26. Złośliwy by powiedział, że zespół z Milton Keynes ma szansę na szybszy powrót do walki o mistrzostwa, niż ekipa Maranello, patrząc na ostatnie 15 lat. Jeśli Verstappen odejdzie, Leclerc byłby idealnym kandydatem. Bez problemu mógłby też zająć miejsce Isacka Hadjara. Wątpliwe jednak, że Monakijczyk chciałby jeździć w zespole tak silnie skoncentrowanym wokół Holendra, gdy ten jeszcze w nim jest.
Najlepsze lata kariery zmarnowane w Ferrari
2026 miał być rokiem Ferrari, bo przecież Maranello, nawet jeśli nie najlepiej zna się na aerodynamice, to przynajmniej potrafi budować silniki. A jednak nie. To Mercedes dominuje, a goni go McLaren. W sumie nie ma co się dziwić, byli faworytem przed sezonem. Natomiast nikt się nie spodziewał, że to Red Bull (po raz pierwszy samodzielnie) zbuduje lepszą jednostkę napędową, niż włoska stajnia, jak wynika z szacunków.
Wczorajsze ogłoszenie, tuż przed domowym Grand Prix Monako Leclerca, nie było żadnym zaskoczeniem. Zapewne ucieszyło tifosi, adorujących Monakijczyka za jego niezrozumiałe poświęcenie i oddanie włoskiemu zespołowi. Inni fani F1 być może westchnęli z rezygnacją podobnie jak ja, że marnuje najlepsze lata swojej kariery.
Continuing to give his all ❤️ pic.twitter.com/vFp8T3ayOS
— Scuderia Ferrari HP (@ScuderiaFerrari) June 3, 2026
Nie oszukujmy się, statystyki nie przemawiają na korzyść Ferrari. Ostatni tytuł mistrzowski zdobyli w 2008, czyli osiemnaście lat temu. W zeszłym sezonie nie wygrali żadnego Grand Prix. W międzyczasie Mercedes wszedł jako zespół fabryczny do F1, zdominował sport i znowu to robi. Red Bull zaliczył dwie ery dominacji z Sebastianem Vettelem i Maxem Verstappenem. McLaren zdążył sięgnąć dna we współpracy z Hondą, odbudować się i wygrać dwa tytułu konstruktorów i kierowcy z Norrisem. Tymczasem Leclerc może jedynie wspominać pierwszą połowę sezonu 2022, gdy walczył o majstra, zanim wszystko się posypało, do czego przyczyniły się zarówno grande strategia Ferrari, jak i jego własne błędy.
Przedłużenie przygody z Ferrari jest nudne i przewidywalne. A jednak przypomina to scenę z Interstellar, gdzie bohater grany przez Matthew McConaugheya desperacko próbuje z innej rzeczywistości ostrzec przed katastrofalnymi konsekwencjami. Leclerc nadal wierzy, angażując się w ten borderline toksyczny związek. Chce przywrócić chwałę Scuderii. Próbowało jak dotąd dwóch mistrzów świata, Fernando Alonso i Sebastian Vettel, a starania Lewisa Hamiltona jak dotąd też nie przynoszą efektów.
28-latek ma jedno marzenie i uparcie się go trzyma. Chce wygrać mistrzostwo świata z Ferrari i z nikim innym. Może skończyć jak bardziej rozgarnięty Jean Alesi. Oznacza to, że kierowca z ogromnym potencjałem jest gotowy nigdy nie zdobyć tytułu, co niestety jest realną możliwością.








