Komentarz prezesa Ferrari jest po prostu bezczelny

Lewis Hamilton i Charles Leclerc, Scuderia Ferrari HP, Grand Prix Belgii F1 2025
© Ferrari

Prezes Ferrari otwarcie skrytykował kierowców zespołu Formuły 1. John Elkann zasugerował, że Charles Leclerc i Lewis Hamilton powinni mniej mówić i skupić się na jeździe. Przedsiębiorca sugeruje, że ponoszą winę za rozczarowujące wyniki. Jego postawa idealnie pokazuje, dlaczego Scuderia od prawie dwudziestu lat nie wygrała żadnego tytułu.

Powtórka z rozrywki, czyli obwinianie kierowców

Ferrari zdobyło ostatnio podwójne mistrzostwo świata w wyścigach długodystansowych, zarówno w klasyfikacji kierowców i konstruktorów. Tymczasem prezes włoskiej firmy, John Elkann, postanowił wykorzystać to jako okazję do skrytykowania zespołu F1.

Podczas wydarzenia zorganizowanego przed zbliżającymi się Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w 2026, Elkann pochwalił ekipę WEC za osiągnięty sukces. „Zwycięstwo zarówno w klasyfikacji konstruktorów, jak i kierowców jest pięknym dowodem na to, że kiedy Ferrari jest zjednoczone, kiedy wszyscy są razem, można osiągnąć wielkie rzeczy” – powiedział miliarder.

Tutaj zaczyna się ciekawie, bo odwołał się do F1 i sytuacji ekipy w królowej motorsportu. Stwierdził, że mechanicy i inżynierowie prezentują światowej klasy poziom, a bolid znacznie się poprawił od początku roku. Stwierdził złośliwie za to, że reszta „nie jest na odpowiednim poziomie”, a kierowcom poradził „aby skupili się na jeździe i mniej mówili”.

© Formula 1

Naturalnie jego wypowiedź wywołała oburzenie i dyskusję wśród dziennikarzy i fanów Ferrari. Każdy, kto śledzi Formułę 1 w 2025 z pewnością zdaje sobie sprawę, że to nie kierowcy są głównym problemem, nawet jeśli Hamilton ma trudności z adaptacją do zespołu. Głównym powodem porażki Scuderii w tym sezonie jest niekonkurencyjny bolid. A teraz także szefostwo.

Ignorancja szefostwa Ferrari 

Komentarz Elkanna jest o tyle zastanawiający, kontrowersyjny, oburzający, absurdalny, a nawet zwyczajnie śmieszny, że wypowiedział je po Grand Prix São Paulo. Trudno tak naprawdę w całości obwiniać kierowców za słaby rezultat.

W Brazylii Charles Leclerc i Lewis Hamilton nie ukończyli niedzielnego wyścigu. Monakijczyk zakwalifikował się na trzecim miejscu i miał szanse na podium, gdyby nie uderzył w niego Kimi Antonelli, co nie było jego winą. Brytyjczyk wycofał się z rywalizacji po uszkodzeniu podłogi i przedniego skrzydła po kontakcie z Franco Colapinto. Oznacza to jednak, że Ferrari spadło na czwarte miejsce w klasyfikacji konstruktorów, bo zdobyło jedynie sześć punktów w trakcie weekendu w sprincie.

Czy kierowcy są największym problemem. Owszem, Hamilton odpadł w Q2 w Brazylii w kwalifikacjach do sprintu i do Grand Prix. Sam określił sezon 2025 jako koszmar jak na swoje standardy. Leclerc wyciąga z SF-25 znacznie więcej, ale w gruncie rzeczy nadal jest to niewiele w kontekście przedsezonowych ambicji. Tyle że więcej naprawdę się nie da.

Monakijczyk startował w niedzielę na Interlagos z 3. miejsca, co jest osiągnięciem, biorąc pod uwagę konkurencyjność (a raczej jej brak) bolidu. Obaj z kolegą zespołowym chcieli walczyć o mistrzostwo świata w tym roku, ale Ferrari ponownie nie zbudowało samochodu, który by im to umożliwił.

© Ferrari

Tylne zawieszenie wprowadzone na GP Belgii, które miało odblokować potencjał SF-25, wcale nie poprawiło znacznie sytuacji. Kierowcy muszą nieustannie stosować technikę lift-and-coast podczas wyścigów, uważając na zużycie deski. Mimo tego Leclerc zdobył pole position i stanął na podium aż 7 razy, maksymalizując możliwości i okazje.

Teraz Ferrari spadło na czwarte miejsce w klasyfikacji konstruktorów, na co w sumie zasługuje. Przez większość roku utrzymywało się na drugiej pozycji głównie dlatego, że ich rywale nie zdobywali rezultatów, jakich powinni. W Mercedesie Kimi Antonelli nie popisał się w europejskiej części sezonu, a Red Bull można w zasadzie nazwać Max Verstappen Racing, bo Holender jako jedyny zdobywa punkty.

Komentarz prezesa Ferrari jest bezczelny

Do końca sezonu pozostały trzy rundy ze sprintem w Katarze. Ferrari może jeszcze zostać wicemistrzami konstruktorów, ale stałoby się to dzięki szczęściu. Nie odzwierciedlałoby to rozczarowującego sezonu dla Scuderii, która po raz kolejny zawiodła swoich kierowców i wiernych fanów.

Komentarz prezesa Ferrari jest prawdę mówiąc bezczelny, szczególnie gdy pomyślimy o Charlesu Leclercu. W przekonaniu wielu fanów i przedstawicieli mediów kierowca poświęca swoje najlepsze lata, pragnąc przywrócić Scuderię do chwały z okresu dominacji Micheala Schumachera.

Monakijczyk jest jednym z najlepszych zawodników w stawce i z pewnością ma talent oraz determinację, aby walczyć o mistrzostwo świata. W 2022 miał okazję, póki Ferrari nie postanowiło storpedować swoich i jego szans na sukces. W poprzednich i kolejnych sezonach stajnia z Maranello dostarczyła mu więcej rozczarowania, niż momentów chwały.

Nikt by nie winił Leclerca, gdyby zdecydował się opuścić Ferrari. Spędził w zespole już siedem sezonów i ma talent na miarę mistrza świata, więc nie miałby większego problemu ze znalezieniem miejsca w innej ekipie. Mimo to zostaje, dzięki przywiązaniu i pasji, które złośliwie można by nazwać jako niezdrowe lub naiwne, skazane na porażkę. Stwierdzenie, że marnuje swoją karierę w Ferrari raczej nie będzie wyolbrzymieniem.

Lepiej wytykać palcami, zamiast wziąć odpowiedzialność

Pod koniec 2024 Hamilton odszedł z Mercedesa po 12 latach, gdzie zdobył 6 mistrzostw świata. Chciał zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa, czyli być kierowcą Ferrari. Tymczasem jego obecny sezon bardziej przypomina koszmar. A mimo to wierzył w wizję szefa zespołu, Freda Vasseura.

Ferrari nie zdobyło żadnego tytułu mistrzowskiego od prawie dwudziestu lat. W tym czasie Red Bull zdążył zdominować F1 dwukrotnie, wygrać łącznie osiem mistrzostw świata kierowców i sześć konstruktorów. Mercedes dołączył jako zespół fabryczny i w erze hybrydowej przebił niegdysiejszą dominację Ferrari.

Zespół, który osiągnął największy sukces w historii Formuły 1 na ten moment żyje dawną chwałą, kultywowaną legendą, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistą sytuacją na torze. W ciągu 17 lat od ostatniego tytułu konstruktorów w 2008, w barwach włoskiej stajni jeździło trzech z najlepszych kierowców w historii F1, w tym dwóch u szczytu swoich możliwości i kariery. Trzech mistrzów świata: Fernando Alonso, Sebastian Vettel i teraz Lewis Hamilton.

Andra Stella i Fernando Alonso na polach startowych przed ostatnim wyścigiem sezonu 2010 F1
© Ferrari

Żaden z nich nie zdołał zdobyć tytułu i nie zapowiada się, że Brytyjczykowi się uda. Jeżeli sytuacja będzie dalej tak wyglądać, to Leclerc też nie spełni swojego marzenia. I naprawdę nie była i nie będzie to wina żadnego z wymienionych kierowców.

Wypowiedź Johna Elkanna pokazuje, jaki jest zawsze największy problem Ferrari – szefostwo i wewnętrzna polityka. Jego komentarz zakrawa na hipokryzję. Mówiąc o jedności i zespole, sam próbuje go podzielić, wytykając palcami. Przesyła też jasny sygnał w stronę Leclerca i Hamiltona: nie krytykujcie Scuderii w mediach, nawet jeśli mówicie prawdę, bo wizerunek jest najważniejszy i my zawsze mamy rację. W przeciwnym razie podzielicie los Alaina Prosta, Fernando Alonso i Sebastiana Vettela, którzy odważyli się powiedzieć otwarcie, co myślą i musieli odejść.

Przykład idzie z góry, a w tym wypadku prezes Elkann prezentuje najgorszy możliwy.

Wiktoria Żupińska avatar
Wiktoria ŻupińskaOglądam i piszę o Formule 1 oraz MotoGP. Interesuje mnie polityka w sporcie i sport w polityce.
© 2009-2026 ŚwiatWyścigów.pl